Chapter Text
Wiatr szumiał między liśćmi drzew. Panował pokój, ale nic nie trwa przecież wiecznie, nic. Moc nieczysta zaczęła odradzać się. Cień znów ogarnia ludzkie serca.
Na zakazanej ziemi, zwanej Mordorem, spod gruzów, wyczołgała się niewielka szkaradna istota.
O dziwo, wciąż żyła. Wbrew wszystkiemu. Żądza i chęć posiadania GO wciąż utrzymywała tę karykaturę przy życiu.
Czy przeklęty pierścień władzy przestał istnieć? Jeśli tak, jego egzystencja nie miałaby sensu. Jego dusza byłaby wtedy wolna. Ale tak się nie stało. Czyż nie zginął wraz ze swoim najukochańszym, najdroższym bogactwem?
- Sssskarbie.... Mój... Sss... skarbie... - znów bez sił szkarada zamknęła oczy. Jedna z kończyn opadła, wydawać by się mogło, bez życia.
Otworzył ponownie oczy, tym razem ledwie zauważalnie; coś błysnęło złotym, metalicznym blaskiem kilka metrów od niego. Jednak zanim zdołał cokolwiek pomyśleć, na białym koniu, szybkim niczym wiatr, przyjechał wysoki mężczyzna ubrany na szaro, z długim kapeluszem na głowie. Zatrzymał się i sięgnął coś z ziemi, po czym obdarzył spojrzeniem zabiedzone stworzenie.
Co było w jego spojrzeniu? Pogarda, współczucie... a może mimo wszystko podziw?
Czarodziej odjechał, znów litując się nad nim. Czy słusznie?
Obślizgła, chuda istota zacisnęła z nienawiścią oczy. Knuła już coś przeciw nim, chociaż nie miała siły się ruszyć.
Po chwili usłyszał w swej głowie szepty: "Sméagolu... Sméagolu..."
Nie, tylko nie to! To był głos tego, z którym, w pewnym sensie, rywalizował o skarb, głos tego, który ten skarb (jego najdroższego) stworzył.
Pan ciemności chciał teraz tylko jednego... Zemsty... I pierścienia jedynego...
Powróci wielki Sauron, sługa władcy Morgotha...
I powróci pierścień jedyny...
