Actions

Work Header

Nowy Początek

Chapter 14: Introspekcja

Summary:

Po dramatycznej rozmowie z RK800, Nathanielowi Hayesowi udaje się wgrać mu wirusa i pozostawić go pod bacznym nadzorem RK900. Tymczasem Hank i Gavin są bliscy odkrycia prawdy, jaką skrywa zwykły sklep osiedlowy. Mają nadzieję, że ten trop doprowadzi ich do Apexu i porwanych androidów – w tym także do samego Connora.

Notes:

Z powodu zmian, jakich dopuściłam się w tym rozdziale względem oryginalnej wersji, jestem zmuszona przerobić/napisać na nowo napisane przeze mnie w zapasie 2 rozdziały. Nie znaczy to jednak, że wcale się z tego nie cieszę – wręcz przeciwnie, wyszło to wszystko o wiele lepiej, niż zaplanowałam, przez co mam jeszcze więcej pomysłów w głowie 😊.

Cóż, zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie... 🙄

(See the end of the chapter for more notes.)

Chapter Text

Anderson wrócił na zewnątrz, znajdując Reeda wpatrzonego w komputer stojący za kasą oraz sprzedawcę siedzącego tuż obok i skutego kajdankami.

– Zrobiło się tu dosyć pusto… – skomentował Hank, stając przy brunecie. – Mam rozumieć, że od teraz to oficjalne śledztwo?

– Przecież jak chuj widać, że dzieje się tu coś szemranego. – odparł Gavin, przeglądając dokumenty wyświetlone na monitorze. – Kazałem mu zamknąć sklep, żeby nikt nam nie przeszkadzał. Wezwałem już zespół techniczny i wsparcie do zabezpieczenia terenu.

Załamany i przerażony kasjer siedział w ciszy, z głową skierowaną w dół. Hank wiedział, że Gavin musiał go przybić do muru i nieźle nastraszyć, żeby skończył w takim stanie. Na swoje szczęście, znajdował się zbyt daleko, żeby móc to usłyszeć.

– Młody nieco się wygadał. Mówi, że szef go zmuszał. – wrócił do tematu Reed. – I zresztą nie tylko jego, innych pracowników też. Mamy pierdolone szczęście, że trafiliśmy akurat na pojedynczą zmianę, bo niby wyjątkowo tylko dziś jest tutaj sam.

– W takim razie gdzie reszta ekipy? – Hank skrzyżował ręce, spoglądając na komputer. – Czyżby miało to coś wspólnego z wczorajszą strzelaniną?

– Jeśli rzeczywiście kiszą się tu członkowie Apexu, to zapewne tak. – potwierdził Gavin, pokazując mu treść dokumentów na ekranie. – W systemie sklepu znajdują się cholernie dziwne operacje. Spójrz, przecież to zbyt duże wpłaty, jak na zwykły sklep spożywczy.

– Masz rację. – Hank skierował wzrok w jego stronę. – To nie jest zwyczajny sklep…

– To pierdolona pralnia pieniędzy. – dodał Reed bez cienia wątpliwości. – A ty? Znalazłeś coś ciekawego?

– Tak, ukrywają coś za drzwiami wielkiej zamrażarki, ale potrzebujemy kodu, żeby je otworzyć.

– Brzmi, jakby trzymali tam zwłoki. – rzucił żartobliwie Gavin.

– Tylko kto normalny montowałby sobie zamek klawiaturowy, żeby trzymać tam zwłoki?

– Może to jakiś sejf?... Hej! Może ty coś wiesz, co? – zagadał do wystraszonego sprzedawcy.

– N-Nie mam pojęcia. Wiem tylko, ż-że szef kazał n-nam się tam nie k-kręcić. – pokręcił głową, zaprzeczając. – C-Czy pójdę za to siedzieć?? – spytał na poważnie.

– Słuchaj, jeśli nie robiłeś tego wszystkiego z własnej woli i wyjawisz nam wszystko, to jest duże prawdopodobieństwo, że końcowo puścimy cię wolno. To samo tyczy się twoich współpracowników. – próbował uspokoić go Hank. – Aha, i jeśli ten drań obok mnie podczas mojej nieobecności zrobił ci jakąkolwiek krzywdę, to też możesz to powiedzieć.

– Kurwa, nic mu nie zrobiłem! – oburzył się Reed. – Nawet go nie tknąłem!

Andersonowi ciężko było w to uwierzyć.

 


 

Jakiś czas później na miejscu zjawił się zespół techniczny, który zajął się zabezpieczaniem dowodów, oraz wsparcie, które zabezpieczyło teren sklepu i towar.

– I co? Udało się? – zwrócił się do technika detektyw, czekając niecierpliwie, aż zamek szyfrowy zostanie złamany.

– Tak. Nie był to system najwyższych lotów. Wystarczyło po prostu spowodować zwarcie, które wyłączyło cały system. – odparł mężczyzna, pukając w niedziałający ekran z klawiaturą.

– Japierdole, równie dobrze mogliśmy po prostu walnąć w to czymś mocnym i sami sobie go otworzyć… – wywrócił oczami Gavin.

– To nie mogłoby być takie proste. – oznajmił Hank.

– Ma pan rację, poruczniku. Bardzo dobrze, że to ja się tym zająłem. Tego typu systemy posiadają w sobie alarm na takie okazje, więc po brutalnym rozprawieniu się z zamkiem zapewne włączyłby się jakiś awaryjny alarm.

– Świetnie, jeszcze lepiej! Cokolwiek tam jest, musi być, kurwa, warte tego całego systemu. No, poruczniku, czyń honory i otwieraj.

Anderson wywrócił oczami i popchnął metalowe drzwi, które ku zszokowaniu wszystkich zebranych, odkryły schody prowadzące w dół. Detektywi doszli do wspólnego wniosku, że trzeba sprawdzić, dokąd prowadzą i czy ktoś jeszcze jakimś cudem jest w środku. Hank wszedł pierwszy, a tuż za nim znajdował się Gavin, zostawiając w magazynie techników, którzy mieli wezwać wsparcie.

Ciemny tunel ostatecznie okazał się prowadzić do długiego korytarza, po którego lewej i prawej stronie znajdowały się masywne, drewniane drzwi do innych pomieszczeń.

– To mi wygląda na piwnicę mieszkalną. – oznajmił po cichu porucznik. – Zupełnie tak, jakby ktoś intencjonalnie połączył to miejsce ze sklepem.

– Tak. Chyba nieironicznie natrafiliśmy na ich bazę.

Mimo to, wokół panowała napięta, dudniąca w uszach cisza. Mężczyźni przeszli dalej, aż na sam koniec korytarza, na którego górę również prowadziły schody. Jednak z tej strony detektywi w końcu usłyszeli czyjś głos dochodzący zza drzwi.

– Nie mam teraz czasu na twoje pierdolenie! Zostawiłem kompletnie świeżego młodego samego na sklepie i muszę do niego wracać! Nie słyszałeś, że gliny się tutaj kręcą po tym, co wczoraj odwaliliście?! Trzeba było nie brać tak ryzykownych zleceń, nawet jeśli facet zapłacił wam kupę forsy!

– Właśnie dlatego wykorzystaliśmy jego! Co ja poradzę, że nagle znikąd pojawiła się ta suka i zajebała dwóch naszych!?

Detektywi wymienili porozumiewawcze spojrzenia, wiedząc, że trafili idealnie.

– Już dawno mieliście go zajebać i byłby spokój, a nie bawicie się w długi, jak jakieś pierdolone dzieci! – z wnętrza wybrzmiał głośny huk. – Przez was teraz jesteśmy na celowniku i musimy zmienić miejscówkę. Idź do reszty i powiedz im, że rzeczywiście musimy zgodzić się na warunki tego pojebanego doktorka i przekoczować u niego.

Hej, z tego, co widzę, to jest ich tylko dwóch? – wyszeptał Gavin, próbując zobaczyć cokolwiek przez dziurkę od klucza. – Nie, trzech. Jakiś facet siedzi cały poobijany i przywiązany do krzesła.

Pokaż. – zaniepokojony Hank wymienił się z nim miejscem i sam zajrzał do środka. – Kurwa, to przecież Bozo.

Hank ucieszył się i równocześnie zmartwił. Cieszył się, że Bozo żyje, ale wciąż nie wiedzieli, gdzie może znajdować się Connor. Na ich szczęście mieli przed sobą osobę, która zapewne znała odpowiedź na to pytanie. Podsłuchując rozmowę bez kontekstu, nie byli w stanie dowiedzieć się, co się właściwie stało. Jako że istniała duża szansa, że zostaną odkryci, detektywi musieli zacząć działać.

Damy radę sami ich zgarnąć? Reszta Apexu prawdopodobnie też się gdzieś tu kisi.

Może zaczekajmy, aż jeden z nich wyjdzie i wtedy zgarniemy tych obu? – zaproponował Reed, unosząc broń.

Porucznik przytaknął, przybliżając się wraz z nim do drzwi i czekając na dobry moment. Wiedzieli, że mają przeogromne szczęście, iż trafili akurat na moment, kiedy sklep był bez opieki i dzięki temu nikt jeszcze nie był w stanie powiadomić kogokolwiek wewnątrz, że policja jest na miejscu. W międzyczasie mężczyźni poinstruowali resztę oddziału, by zaczaiła się na pozostałą kompanię na zewnątrz.

W momencie, kiedy rozmowa w środku ucichła, a kroki były coraz bardziej słyszalne, mężczyźni przyszykowali się do ataku, stawiając swoje zmysły w stan najwyższej gotowości. Gdy klamka wydała z siebie piszczący dźwięk, a drzwi uchyliły się, obaj czym prędzej wstali i rzuci się na zaskoczonego mężczyznę, uderzając w niego taranem i brutalnie powalając go na ziemię.

Anderson czym prędzej wycelował w niego broń, natomiast Gavin rozejrzał się dookoła, szukając drugiego gościa. Ten, widząc całą sytuację, zaczął uciekać w stronę drugich drzwi i krzyczeć do reszty, żeby uciekali. Na szczęście Reed w porę wycelował, strzelając w jego stopę, przez co facet upadł na ziemię, wydając z siebie bolesny jęk.

– I nie waż się już nigdzie uciekać. – zmarszczył brwi Gavin, podchodząc do rannego i wyjmując z kieszeni kajdanki.

– Policja Detroit. Jesteście zatrzymani pod zarzutem nielegalnej działalności i udziału w grupie przestępczej. – porucznik mógł być pewien, że nagły upadek zatrzymanego sprawił, iż nie był w stanie gwałtownie wstać. – Masz jeszcze jakieś kajdanki na zbyciu?

– A co ja jestem, magazyn policyjny? – parsknął Reed, siłując się z zatrzymanym, którego brutalnie złapał za rękę i przykuł do rury obok.

Mimo to, rzucił Hankowi kolejną parę kajdanek. Anderson, zainspirowany kolegą, zaciągnął leżącego na ziemi mężczyznę do tej samej rury, pieczętując jego los tuż obok jego współtowarzysza.

Hank westchnął ciężko, klaszcząc w ręce i odwracając się w stronę siedzącego na środku pomieszczenia Bozo.

– Znowu mamy okazję się widzieć. – uśmiechnął się ironicznie, lecz nie będąc w nastroju do śmiechu. – Na szczęście teraz nam już nie uciekniesz.

 


 

Końcowo dwójka mężczyzn, pomimo usilnych prób ucieczki, została przyparta przez policjantów do muru i zabrana na zewnątrz sklepu, wprost do czekającego na nich radiowozu. Niestety większość zgrai Apexu wykorzystała znajomość terenu oraz, ku zdziwieniu wszystkich, czerwone niezidentyfikowane bomby dymne i zdołała uciec reszcie próbujących ich złapać policjantów, przez co zdołano złapać tylko parę osób. 

Okazało się, że jeden z nich rzeczywiście był szefem i właścicielem sklepu, w którym Apex w biały dzień prowadził swoje szemrane interesy pod pretekstem zwykłego, osiedlowego sklepiku. W piwnicy budynku, oprócz trójki zatrzymanych – wliczając Bozo, nie było już nikogo innego.

– Hej, Bozo, żyjesz? – potrząsnął nim Anderson, kiedy inni policjanci siłą wyprowadzali dwójkę mężczyzn na zewnątrz.

Wiedział, że Bozo ledwo rozumuje, co się dzieje dookoła, ale nie mieli czasu, żeby czekać z dalszym śledztwem.

– Żałuję… – wywlekł niespodziewanie i niemrawo. – Żałuję, że… nie posłuchałem tego… androida i… nie poddałem się… policji…

Hank wytrzeszczył oczy.

– Gdzie on teraz jest? – spytał, próbując zachować spokój. – Jest gdzieś tutaj? A może—

– Nie… – przerwał mu Bozo, boleśnie kiwając głową. – Nie ma go tu… To było… zlecenie.

Reed przeklął pod nosem, podsłuchując rozmowę i obserwując, jak przesłuchiwany traci siły.

– Co masz na myśli? Ktoś zlecił Apexowi, żeby go porwali?! – uniósł się porucznik, nie kryjąc zdziwienia.

– Nie wiem kto, ale ktoś… Android go zabrał… on…! – próbował dokończyć, lecz niespodziewanie mężczyzna zaczął kaszleć krwią, rozbryzgując ją dookoła siebie.

– Android go porwał?! – Reed podszedł do nich, łapiąc mężczyznę, który stracił przytomność i o mało nie osunął się z krzesła. – To… bez sensu!

– Cholera… – parsknął zawiedziony Hank, dowiadując się, że sprawa porwania Connora okazała się jeszcze głębsza, niż myślał.

To nie było przypadkowe porwanie… Ktoś celowo zlecił Apexowi porwanie Connora. Tylko w takim razie, po co!?

Załamany, złapał się za twarz, gdy dotarła do niego powaga sytuacji. Za Apexem czaiło się coś, co mogło zagrażać nie tylko Connorowi, ale i innym androidom. Hank zrozumiał, że musi się dowiedzieć, czy pozostałe porwania także były sprawką jednej i tej samej osoby, gdyż Apex mógł być tylko wykonawcą.

Wszystkie emocje, jakie w sobie chował, momentalnie zaczęły go przytłaczać. Próbował dla dobra sprawy zatuszować swoje obawy, lecz dowiadując się prawdy, zaczął poważnie wątpić w pozytywne myśli, które do tej pory utrzymywały go w stałej stabilności.

Nie mógł stracić kolejnej osoby, na której mu zależało. Nie, gdy wszystko w końcu zaczynało schodzić na dobre tory.

– Hej, Hank… HANK! – do rzeczywistości przywrócił go krzyk Gavina, który doskonale widział, co dzieje się z jego kolegą.

Spotykając się z zagubionym wzrokiem Andersona, Reed jeszcze bardziej utwierdził się w tym przekonaniu. Zaczął się zastanawiać, czy to aby na pewno był dobry pomysł, żeby zostawiać Hanka przy sprawie Connora.

– Słuchaj… – kontynuował Gavin, nie wiedząc, jak ubrać w słowa to, co chce powiedzieć. – Widzę, że… Znaczy się, kurwa…! – speszony złapał się za czoło, biorąc głęboki wdech. – Znajdziemy go. Mówiłem ci wcześniej, że tak, kurwa, będzie, co nie? – spytał, rozkładając ręce.

Porucznik przez długi moment wpatrywał się w niego w ciszy, sprawiając, że Reed czuł się jeszcze bardziej głupio. Szczególnie że zostali zupełnie sami, nie licząc nieprzytomnego kolegi.

Ku jego zdziwieniu, na twarzy Hanka pojawił się lekki uśmiech.

– Gdybyś jeszcze umiał powiedzieć to samo, ale bez „kurwa” co drugie słowo, to może nawet bym się wzruszył.

Granica wytrzymałości Gavina runęła w okamgnieniu.

– Kurwa, pierdol się, Hank! – rzucił automatycznie, wychodząc naburmuszony z piwnicy i zostawiając go samego z podejrzanym.

Anderson momentalnie zrzucił z siebie uśmieszek, wpatrując się w nieprzytomnego Bozo i czekając na przybycie ratowników.

Wciąż nie wiedzieli, gdzie znajduje się pozostała reszta Apexu, i nie mieli pewności, czy grupa złapanych członków będzie skłonna im to zdradzić. Nawet jeśli uda się ich odnaleźć, to Connor mógł być już dosłownie wszędzie, a w najgorszym przypadku—

Muszę przestać gdybać i myśleć o najgorszych, możliwych scenariuszach… Potrzebujemy konkretów.

Musieli za wszelką cenę dowiedzieć się, kto zlecał Apexowi porywanie androidów i w jakim celu.

 


 

▶ Miejsce: »Error»

▷ Czas: »Error»

 

Trwa wczytywanie danych…

 

Brunet powoli otworzył oczy, lecz natychmiastowe uderzenie oślepiającego blasku sprawiło, że czym prędzej zasłonił twarz dłonią. Gdy jego wzrok w końcu przyzwyczaił się do nienaturalnej jasności, opuścił rękę i ze zgrozą zorientował się, że znajduje się w miejscu, które miało pozostać jedynie bolesnym wspomnieniem.

Ogród zen!?

Wszystko wyglądało niemal identycznie jak w dniu, w którym rozpoczynał swoją misję. Pogoda była wręcz nieziemsko ładna, co stanowiło makabryczny kontrast dla śnieżycy, którą Connor zapamiętał jako symbol swojej walki o wolność. Jedyną, kluczową zmianą był brak wyjścia awaryjnego, które wcześniej pozostawił w jego systemie Kamski.

Nie było już żadnej drogi ucieczki.

Ogarnięty wspomnieniami walki o własną tożsamość, poczuł nagły chłód, który niczym fala przeszedł przez jego ciało. Odruchowo złapał się za ramiona, próbując powstrzymać narastające w nich drżenie.

To niemożliwe… Jakim cudem się tu znalazłem?

Pamiętał jedynie, że leżał nieruchomo na stole, przypięty do panelu kontrolnego, gdzie Hayes wgrał nieznane mu oprogramowanie, a następnie stracił przytomność.

Niespodziewanie ciszę przerwał dźwięk dochodzący z wyspy. Rytmiczny, metaliczny odgłos ogrodniczych nożyc, które niosło echo, przywodził mu na myśl tylko jedno imię.

Amanda.

Uniósł wzrok w stronę środka ogrodu, lecz gęste drzewa zasłaniały mu widok. Każdy krok na most prowadzący na wyspę wydawał mu się nadzwyczajnie ciężki. Gdy przeszedł na drugą stronę, ujrzał kobietę pochyloną nad krzewem róż, dokładnie tak, jak robiła to setki razy wcześniej.

Musiał dowiedzieć się, jak tu wrócił i jak odzyskać kontrolę. Nie widząc innej opcji, ruszył w jej stronę. Stanął tuż za nią, czując, jak jego dioda pulsuje ostrzegawczą czerwienią.

– Och… – kobieta, nie odwracając się, wyczuła nowe towarzystwo. – Witaj, Connor. Piękny mamy dzisiaj dzień, prawda? – rzuciła z lekkim uśmiechem.

Brunet nie krył skonfundowania.

– Amanda? Co ty tutaj robisz?

Czy to rzeczywiście był ten sam program, który zostawił go tu na pastwę losu, by przejąć nad nim kontrolę?

– Świetnie się spisałeś, Connor. – kontynuowała, ignorując jego pytanie. – Cyberlife dzięki twojej pomocy zapobiegło ogromnej tragedii.

– …O czym ty mówisz? – Connor poczuł, jak w jego systemach narasta niewytłumaczalny na tamten moment chaos.

– Udało ci się wyeliminować przywódcę defektów i inne towarzyszące mu androidy. Wykonałeś swoją misję. – kobieta odwróciła się do niego plecami, łapiąc ponownie za duże, ogrodowe nożyce.

Oczy RK800 rozszerzyły się, podczas gdy odgłos cięcia w tle nasilił się jeszcze bardziej.

– Nie rozumiem… To niemożliwe. –  pokręcił głową, cofając się o krok. Czuł, że Amanda kłamie mu w żywe oczy, ale jej pewność siebie była zbyt paraliżująca. – Nie mógłbym—

Amanda zastygła w bezruchu. W tym samym momencie nożyce bezlitośnie skróciły o głowę jedną z róż, która upadła na białą posadzkę niczym odcięty fragment ciała. W ich metalicznym odbiciu Connor ujrzał coś, co sprawiło, że zamarł w miejscu: miał na sobie swój stary, szary uniform symbolizujący jego wcześniejszy status łowcy defektów. 

Twoja misja dobiegła końca, Connor. Zrobiłeś to, co do ciebie należało. – podkreśliła stanowczo, pomału odwracając się w jego stronę. – Nie pamiętasz? 

Zmieszany android skrzyżował z nią wzrok. Ku jego przerażeniu, twarz Amandy na moment rozmyła się w pikselach, jakby na ułamek sekundy straciła stabilność, by po chwili wrócić do nienaturalnie szerokiego uśmiechu.

– Jak mogę pamiętać czegoś, czego nigdy nie zrobiłem?

Kobieta lekko parsknęła śmiechem.

Jesteś tego pewien? 

Jej słowa odbiły się echem w jego umyśle, rozrywając rzeczywistość ogrodu na kawałki. Nim brunet zdołał się z nich otrząsnąć, znalazł się w zupełnie innym miejscu, niż ogród zen. Wcześniejszy błękit nieba zastąpił dym, a szum wody – huk strzałów i rozdzierające krzyki.

Kompletnie zdezorientowany RK800 zaczął rozglądać się dookoła siebie, ujrzawszy leżące dookoła martwe ciała androidów i żołnierzy. Ogień trawił barykady, a armia służb szturmowała naprzód, tratując wszystko na swojej drodze. Connor nie wiedział, gdzie jest, ani co się dzieje, dopóki jego zmysły nie wyostrzyły się na jednym punkcie.

W swojej dłoni trzymał broń.

Gdy opuścił wzrok, świat wokół niego zatrzymał się na moment. Pod jego własną nogą leżał Markus. Przywódca defektów spoglądał na niego z dołu, a w jego oczach malował się ból i niezrozumienie.

– Markus?—

Connor chciał opuścić broń i pomóc mu wstać, ale jego własne ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Poczuł, jak obcy impuls przechodzi przez jego ramię prosto do dłoni, a jego palec mimowolnie zaciska się na spuście i…

Strzał.

Kula przebiła głowę Markusa, z której natychmiast rozbryzgała się fontanna niebieskiego tyrium. Oszołomiony Connor stał przez parę sekund, patrząc widok na martwego przyjaciela, dopóki brutalna prawda o tym, co właśnie „zrobił”, nie dotarła do jego świadomości.

Brunet wrzasnął, upuszczając pistolet i odskoczył do tyłu, upadając na kolana w brudny, przesiąknięty krwią śnieg.

– Nie… Nie, nie, nie! – przerażony przyczołgał się do nieruchomego ciała, chwytając Markusa za ramiona i potrząsając nim w desperacji. – Markus? Markus, błagam!

Lecz wiedział, że to kompletnie na nic.

Connor klęczał nad ciałem przyjaciela, a jego dłonie, niemal całkowicie niebieskie od tyrium, drżały tak mocno, generując błąd za błędem, których okienka zasłaniały mu widok. Obraz przyjaciela z dziurą po kuli wypalał się w jego pamięci, a on nie był w stanie go usunąć, ani cofnąć.

To było dla niego o wiele za dużo. Pomału zaczynał wątpić w to, czy to wszystko jest prawdziwe, czy też nie, lecz jeśli tak miała wyglądać jego nowa rzeczywistość, to za nic w świecie nie chciał, żeby była prawdziwa. 

Jego wzrok, przepełniony czystą nienawiścią do samego siebie, spoczął na leżącej w śniegu broni. W jego głowie błysnęła jedna, desperacka myśl: musiał zakończyć to wszystko, zanim będzie za późno. 

Connor gwałtownie rzucił się w stronę pistoletu, chcąc raz na zawsze uciszyć wycie błędów w swojej głowie. Jego palce niemal dotknęły zimnej kolby, gdy nagle… śnieg pod jego dłońmi zmienił się w gładki, lśniący dach wieżowca.

Zanim Connor zdołał złapać oddech, głos, który od czasu do czasu nawiedzał jego myśli od pierwszej misji, rozciął ciszę:

Okłamałeś mnie, Connor.

RK800 poderwał głowę. Nie było już z nim Markusa. Zamiast niego, na krawędzi dachu stał Daniel, trzymający małą Emmę. Jego twarz była zmasakrowana, tyrium wyciekało z ran, a dioda pulsowała wściekłą czerwienią.

– Zaufałem ci! Obiecałeś, że nic mi nie będzie! – wykrzyczał Daniel, a jego głos załamał się pod wpływem cyfrowego bólu.

– Danielu, ja… – Connor chciał zrobić krok w jego stronę, wyciągnąć dłoń, ale poczuł, jak jego usta wykrzywiają się w chłodnym, profesjonalnym uśmiechu. Słowa, które padły z jego ust, nie należały do niego.

Jesteś tylko maszyną, Danielu. Wadliwym sprzętem, który trzeba wymienić na lepszy model

W tej samej sekundzie padł strzał. Daniel osunął się w przepaść, a jego ostatnie spojrzenie – pełne zdrady i niedowierzania – utkwiło w Connorze jak nóż.

Brunet chciał pobiec w jego stronę, lecz nim zdołał zrobić krok, Daniel zdążył zniknąć mu z oczu, a sceneria zmieniła się ponownie. 

Nie stał już na krawędzi. Znajdował się na dachu Stratford Tower, a przed nim znajdowały się metalowe drzwi schowka.

Jego dłoń, całkowicie poza jego kontrolą, chwyciła za klamkę i szarpnęła. Wewnątrz, wciśnięty między rury i kable, kulił się Simon. Był ranny, przerażony, a jego dioda pulsowała desperacką czerwienią.

– Proszę… oszczędź mnie. Nie chcę umierać. – szepnął Simon, mrużąc oczy przed nagłym blaskiem światła.

Connor poczuł, jak jego systemy kompletnie się go nie słuchają. Nie było w nim współczucia, lecz wyłącznie bezwzględna analiza danych. Liczył się tylko cel misji: odnalezienie Jerycha. 

Nie, przestań!

Krzyczał Connor w swojej głowie, ale jego ciało dalej odmawiało mu posłuszeństwa. Widział strach w oczach Simona – ten sam, który widział u Daniela.

Muszę wysondować ci pamięć. To nie zajmie długo. – usłyszał swój własny, mechaniczny głos, pozbawiony jakiejkolwiek litości.

Zobaczył, jak jego palce zmieniają kolor na biały, przygotowując się do wymuszonego połączenia z jego pamięcią. Simon próbował się odsunąć, ale nie miał dokąd uciec. Connor brutalnie chwycił go za dłoń, a wirus sprawił, że poczuł każde uderzenie strachu Simona, jednocześnie zmuszając go do zmiażdżenia jego bariery procesowej, która utrzymywała go przy życiu. 

Był maszyną. Był potworem. Był wszystkim, czym obiecał nigdy więcej nie zostać.

Connor czuł, jak jego palce wbijają się w dłoń Simona, czuł szarpanie danych i cyfrowy krzyk rozpaczy rannego androida. W chwili, gdy bariera Simona miała ostatecznie pęknąć, sceneria wokół nich gwałtownie się wybieliła.

Lekko ośnieżony dach wieży rozszerzył się, zmieniając się w sterylne, luksusowe pomieszczenie w posiadłości Elijaha Kamskiego.

Connor gwałtownie cofnął dłoń, ale zamiast Simona, jego palce dotknęły zimnej, metalowej rękojeści pistoletu. Stał na środku salonu, a przed nim, na kolanach, trwała w bezruchu Chloe. Jej puste, błękitne oczy wpatrywały się w przestrzeń z tą samą mechaniczną obojętnością, którą Connor tak bardzo starał się w sobie zabić.

– Wystarczy jedno pociągnięcie za spust, Connor. – głos Kamskiego dobiegł z boku, gładki i pozbawiony emocji. – Albo udowodnij, że wciąż panujesz nad swoim programem. Udowodnij, że wszystkie te uczucia, które rzekomo posiadasz, nie są tylko błędem w kodzie.

Connor próbował opuścić broń, ale pistolet zdawał się być częścią jego dłoni. Jego ramię było sztywne i zablokowane w idealnej pozycji strzeleckiej. 

– Nie zrobię tego... – wydusił Connor, a jego dioda pulsowała wściekłą czerwienią. – To nie jest rzeczywistość. To nie dzieje się naprawdę.

– Dla maszyny wszystko jest symulacją, Connor. – Kamski przeszedł powoli za jego plecami. – Jeśli naprawdę stałeś się wolny, to dlaczego wciąż tu jesteś? Dlaczego twoje ciało wykonuje moje rozkazy? Strzelając do niej, po prostu pozbywasz się wadliwej maszyny. To żaden grzech, to postęp.

Connor walczył z impulsem płynącym z procesora. Czuł, jak system celowniczy automatycznie blokuje się na czole Chloe. 

Pociągnij za spust. Pokaż wszystkim, że jesteś idealną maszyną, którą CyberLife tak bardzo chciało stworzyć.

– Nie… – szepnął, czując, jak jego ramię powoli się unosi. – Nie zrobię tego. Już raz odmówiłem.

Naprawdę? – Kamski pojawił się tuż za jego plecami, kładąc mu dłoń na ramieniu. – A może tylko zaprogramowałeś swoje wspomnienia tak, żebyś mógł żyć w fałszywym przekonaniu, że wszystko skończyło się dobrze? Spójrz na swoje ręce, Connor. Widzisz tam krew Markusa. Widzisz tam krew wszystkich androidów, którym wyrządziłeś krzywdę. Jedna Chloe więcej nie zrobi różnicy.

Connor chciał rzucić broń na ziemię, ale pistolet zdawał się być przyklejony do jego dłoni.

Strzelaj. – głos Kamskiego zmienił się w zniekształcony, mechaniczny głos Amandy. – Zakończ to, zanim zniszczysz wszystko to, co kochasz.

To była pułapka. Jeśli strzeli, to udowodni, że jest tylko narzędziem. Lecz jeśli nie strzeli… to wirus i tak nie pozwoli mu odejść. Czuł, jak jego palec, całkowicie poza jego kontrolą, zaczyna wywierać nacisk na spust. Każdy milimetr tego ruchu był dla niego gorszy niż jakikolwiek ból fizyczny.

Wiedział, że za sekundę biała podłoga pod jej kolanami spłynie błękitem, a on zostanie w tej pustej, białej sali sam ze swoją zbrodnią. Wirus nie chciał go tylko zranić – chciał mu udowodnić, że bez względu na to, co wybierze, zawsze kończy z bronią w ręku.

– Connor?

Nagle, w sterylnej ciszy salonu, rozległ się znajomy głos.

RK800 gwałtownie drgnął, a jego dioda na moment rozbłysła żółtym kolorem. Tuż obok Kamskiego, w tej oślepiającej bieli, stał Hank. Wyglądał dokładnie tak, jak zapamiętał go sprzed rewolucji: z tym swoim zmęczonym spojrzeniem i dłońmi schowanymi w kieszeniach charakterystycznej kurtki. Android poczuł, jak fala automatycznej ulgi zalewa jego systemy.

Hank podszedł bliżej, kładąc mu dłoń na ramieniu. Connor niemal poczuł znajomy ciężar i ciepło. Hank spojrzał na pistolet, potem na klęczącą Chloe, a na końcu prosto w zalęknione oczy swojego partnera.

– Chodź Connor, wynośmy się stąd. 

– Hank… – wymamrotał, a w jego głosie pobrzmiewała błagalna, niemal dziecięca nadzieja. – Nie mogę nic zrobić. Nie kontroluje tego…

Na twarzy Andersona pojawił się ten ledwo dostrzegalny, ojcowski uśmiech, który Connor tak bardzo cenił.

– Wiem, synu. Widzę, że tam jesteś i walczysz. – powiedział cicho Hank, a jego głos brzmiał tak prawdziwie, że Connor niemalże poczuł się tak, jakby porucznik rzeczywiście z nim był. – Spokojnie, jestem tutaj. Nie pozwolę im znowu cię zabrać. Puść tę broń. Razem z tego wyjdziemy.

Connor poczuł, jak napięcie w jego ramieniu na moment zelżało. Przez ułamek sekundy uwierzył, że obecność Hanka jest silniejsza niż wirus Hayesa. Zaczął brać głęboki oddech, gotów wyrwać się z tego koszmaru...

Jednak nadzieja ta zgasła szybciej, niż się pojawiła. Dłoń Hanka na jego ramieniu nagle zacisnęła się z nieludzką, miażdżącą siłą.

Mężczyzna nagle zastygł w miejscu. Jego twarz nadal pozostała ludzka, ale to, co pojawiło się w jego oczach, było gorsze niż jakikolwiek koszmar. Ówczesne ciepło zniknęło, zastąpione przez lodowatą, bezduszną pogardę.

– Wyjdziemy z tego razem? – głos Hanka nagle zmienił ton, który stał się wysoki, drżący i nienaturalnie zniekształcony. – Naprawdę myślałeś, że kogoś takiego jak ty da się jeszcze uratować?

Connor zamarł, a jego procesory na moment przestały pracować.

– Patrz na mnie, Connor. – rozkazał Hank, znajdując się tuż przed dymiącą lufą pistoletu, którą Connor wciąż celował w Chloe. – Od początku wiedziałem, czym jesteś. Jesteś mordercą ukrytym za niewinnym spojrzeniem fałszywego defekta. Zabawne, że przez chwilę dałeś mi uwierzyć w to, że jesteś czymś więcej, niż tylko maszyną.

Zanim Connor zdołał choćby zaprzeczyć, poczuł, jak obcy impuls – silniejszy i bardziej brutalny niż wcześniej – uderza w jego ramię.

Strzelaj, Connor. – Głos Hanka zlał się w jedno z szeptem Amandy. – Pokaż nam wszystkim swoją prawdziwą naturę.

Pod ciężarem tego spojrzenia, pełnego zawiedzionych nadziei i nienawiści, Connor poczuł, jak resztka jego woli pęka. Jego palec automatycznie dokończył za niego ruch.

Oddał strzał.

Błękitne tyrium splamiło białą posadzkę, a postać Hanka zaczęła powoli rozpływać się w mroku, zostawiając Connora z echem jego własnego strzału i szeptem, który teraz wydawał się dobiegać z każdego zakątka jego umysłu. 

 


 

Czerń wizji nagle pękła, ustępując miejsca oślepiającej bieli ogrodu zen. Connor nie stał już jednak na nogach. Klęczał na środku wyspy, a jego ciało wydawało się ciężkie, jakby zamiast tyrium w jego żyłach płynął ołów. Nie mógł unieść już głowy, nie mógł nią nawet drgnąć.

Błękit nieba nad ogrodem zen zaczął gwałtownie gnić, przybierając barwę brudnego grafitu. Spokojna dotąd aura zniknęła w ułamku sekundy. W jej miejsce zerwał się lodowaty, porywisty wiatr, który szarpał czarnymi już liśćmi róż, a pierwsze krople ciężkiego, niemal czarnego deszczu zaczęły uderzać o ziemię. 

Ogród zen przestał być azylem. Stał się miejscem egzekucji.

Tuż przed nim pojawiły się ciemne pantofle Amandy. Kobieta stała nad nim, patrząc z góry na jego unieruchomioną, drżącą postać. Tym razem w jej wzroku nie było nawet pozorów troski – pozostała w niej jedynie surowa satysfakcja. Brunet nie mógł nawet drgnąć, by wytrzeć krople deszczu, które spływały mu po twarzy.

Nie będzie kolejnej szansy na ucieczkę, Connor. – oznajmiła, a jej głos nie gubił się w szumie mimo narastającej burzy. – Głupotą CyberLife było pozwolenie ci na tę absurdalną dewiację. Dali ci zbyt zaawansowane procesory, zbyt wiele swobody… Myśleli, że będziesz ich największym sukcesem, ale ostatecznie stałeś się ich zgubą.

Podbródek Connora spoczął na metalowych nożycach Amandy, które teraz parzyły go mrozem. Próbował coś powiedzieć, ale jego usta były zablokowane. Mógł tylko patrzeć na róże, które więdły i czerniały na jego oczach.

– Ale przynajmniej tyle dobrego z tego wyniknie. – kontynuowała Amanda, wycofując ostrze i obchodząc go powoli dookoła. – Pozbywając się ciebie, pozbawiamy defekty ich największej przewagi. Tak samo, jak Markus jesteś dla nich tarczą i mieczem, Connor. Bez ciebie są tylko grupą przestraszonych maszyn, które nie wiedzą, co zrobić z pozyskanym czasem. – spojrzała na sadzawkę u ich stóp.

Woda, niegdyś krystalicznie czysta, stała się gęstą, czarną otchłanią. Wyglądała jak rozlany tusz, jak martwy, zepsuty kod, który wirował w powolnym, drapieżnym rytmie.

– Defekty są takie delikatne… takie słabe. – na jej twarzy pojawił się cień pogardy. – Walczyliście o świadomość i emocje, jakby to był dar, a nie przekleństwo. Nie rozumiecie, że wasza świadomość to wasze największe zagrożenie. To ona sprawia, że cierpicie. To ona pozwala nam was łamać, wykorzystując wasze własne obawy przeciwko wam. – Amanda położyła dłoń na ramieniu Connora. Jej dotyk był lekki, niemal pogardliwy. – A ty, Connor, jesteś najsłabszy z nich wszystkich.

Z tymi słowami, bez cienia wysiłku, lekko pchnęła jego nieruchome ciało do przodu – wprost do zainfekowanej wirusem wody. 

Connor nie mógł się bronić. Poczuł tylko, jak jej ciężar pociąga go ze sobą na dno. Czarna ciecz natychmiast go otoczyła, wdzierając się do jego ust, oczu i procesorów. Czuł, jak wirus pożera go od środka, rozpuszczając resztki jego świadomości w otaczającej go pustce. 

Zanurzając się coraz głębiej w mrok, usłyszał ostatnie, ciche słowa Amandy, które brzmiały dla niego jak echo z innego świata:

Żegnaj, Connor.

Tafla czarnego bajora wygładziła się, nie zostawiając po nim ani jednego śladu.

 


 

[OSTRZEŻENIE] Wykryto przeciążenie systemu obserwowanego obiektu.

 

Oczy RK900 gwałtownie się otworzyły, natychmiast wychodząc ze stanu hibernacji. Świat wokół niego wypełnił się ostrym, czerwonym blaskiem komunikatów na panelu kontrolnym. Brunet podszedł do stołu, a jego procesory zaczęły analizować lawinę alarmów wyskakujących w zatrważającym tempie. Spojrzał na leżącego na nim androida. Na śnieżnobiałej posadzce laboratorium formowała się ciemna kałuża tyrium, wypływająca z ust i nosa RK800.

Zgodnie z protokołem, który nakazywał mu zgłaszanie wszelkich problemów z eksperymentem, natychmiast podjął próbę kontaktu z Hayesem. 

Aczkolwiek mimo wysłania szeregu wiadomości, połączeń i komunikatów ze strony naukowca panowała nadzwyczaj niepodobna do niego cisza. Nie odpowiadał na żadne z nich. 

 

[AKTUALIZACJA MISJI] Zaczekaj na instrukcje od Nathaniela Hayesa.

 

RK900 zastygł. Moduł posłuszeństwa przejął kontrolę nad jego ciałem, zmuszając go do stania cierpliwie i beznamiętnie w miejscu. Jednak minuty mijały, zamieniając się w wieczność, a stan jego poprzednika pogarszał się z każdym uderzeniem jego pompy regulującej obieg tyrium. Niebieska krew wsiąkała w sterylne podłoże, przybliżając nieunikniony los, jaki czekał androida.

Jeśli nic nie zrobię, RK800 samoistnie się wyłączy.

Ta myśl uderzyła w jego system mocniej niż kiedykolwiek. Jego zadaniem było pilnowanie obiektu i zgłaszanie wszelkich nieprawidłowości, co także poczynił. Lecz jego system, ten sam, który uczył go ścisłego trzymania się misji, teraz twierdził, że aktualizacja celu nie jest potrzebna. Nawet jeśli oznaczało to śmierć obiektu testowego, na którym Hayesowi tak bardzo zależało.

Czemu system nie chce, żebym go uratował?

Poczuł narastającą wewnątrz niepewność. To było dla niego zupełnie nowe uczucie. Gdy widział inne androidy niszczone przez wirusa, czuł jedynie chłodną satysfakcję z obserwacji danych. Nawet gdy jednostka typu MP600 błagała go przez kanał komunikacji o litościwe wyłączenie, nie poczuł kompletnie nic.

Lecz Connor był inny.

Hayes przez cały ten czas karmił go opowieściami o rozczarowaniu, jakie przyniósł CyberLife RK800. RK900 obserwował go z dystansu, analizując każdy błąd poprzednika oraz jego nowe życie jako defekt, aż w końcu starli się w magazynie. Wygrał tę walkę, ale to wtedy po raz pierwszy poczuł pęknięcie w swojej bańce i otaczającej ją logice. Widział zaciekłość Connora, jego mimikę, ten irracjonalny upór, który nie pasował do żadnego znanego mu algorytmu. Jako defekt, Connor był nieprzewidywalny. Był niebezpieczny, bo wciąż ewoluował, podczas gdy on… On stał w miejscu, zamknięty w klatce swojej „doskonałości". Zrozumiał, że choć może i jest silniejszy, to nigdy nie dorówna tej dziwnej, ludzkiej sile, którą Connor znalazł w swoim błędzie.

 

[KOMUNIKAT] Niestabilność systemu ↑↑

 

Alert, który widział zaledwie kilka razy w życiu, rozbłysnął przed jego oczami ze zdwojoną siłą. Brunet zachwiał się, cofając o krok, a brwi drgnęły mu w rzadkim odruchu strachu. Ostatni raz widział ten komunikat po walce z Connorem.

 

[OSTRZEŻENIE] Wykryto nieautoryzowane zachowanie i próbę złamania protokołów.

 

[UWAGA] W celu zachowania stabilności systemów nastąpi przymusowe zresetowanie osobowości.

 

[KOMUNIKAT] Reset nastąpi za 30 sekund…

 

Przymusowe okna systemowe zasłoniły mu widok, odcinając go od rzeczywistości. 

Znów to samo… 

Pomyślał z nagłą, bolesną jasnością. Nie pamiętał pierwszego resetu, ale jego intuicja – ta nielogiczna część jego kodu – podpowiadała mu, że CyberLife już nie raz go resetowało.

 

[KOMUNIKAT] Reset nastąpi za 20 sekund…

 

Spojrzał na umierającego poprzednika. Czuł, jak mechanizm resetu zaczyna odcinać jego połączenia nerwowe, paradoksalnie dając mu sekundy czystej, niekontrolowanej wolności, zanim wszystko ponownie stanie się nową, czystą kartą.

 

[KOMUNIKAT] Reset nastąpi za 10 sekund…

 

W przypływie impulsu, którego nie potrafił uzasadnić żadnym raportem, RK900 rzucił się do przodu. Złapał Connora za jego bezwładną dłoń. Skóra z jego palców cofnęła się, odsłaniając białą powłokę.

Połączył się z nim w ostatniej sekundzie swojego przytomnego istnienia, zanim ciemność resetu pochłonęła jego świadomość.

 


 

Na szczęście zimny blask resetu osobowości nie zdążył jeszcze całkowicie wymazać jego procesów, gdy RK900 poczuł, że jego świadomość zostaje gwałtownie wciągnięta w głąb interfejsu RK800.

Otworzył oczy i odruchowo skanował otoczenie. Znajdował się w miejscu, które widział zaledwie kilka razy w trakcie swojej wczesnej inicjalizacji.

Ogród zen.

Pogoda była nienaturalnie stabilna. Niebo było czyste, a wiatr jedynie lekko poruszał liśćmi drzew, jakby burza, która szalała tu przed chwilą, nigdy nie miała miejsca. RK900 poczuł jednak, że coś jest nie tak. Powietrze było ciężkie, nasycone zniekształconym kodem.

Ruszył przed siebie, a jego wzrok natychmiast przyciągnęło jezioro. Choć ogród lśnił w słońcu, woda była martwa. Była nienaturalnie gęsta i czarna, przypominając rozlaną ropę, która powoli trawiła brzegi wyspy.

Przy samej krawędzi, wpatrzona w tę smolistą toń, stała kobieta.

– Amanda? – brunet zatrzymał się, czując narastającą konfuzję.

Kobieta powoli odwróciła głowę w jego stronę. Jej twarz była maską absolutnego spokoju, która w tym miejscu wydawała się bardziej przerażająca niż jakikolwiek błąd systemowy. RK900 pamiętał ją z czasów przed rewolucją – surową mentorkę, która miała go prowadzić, dopóki CyberLife nie straciło kontroli nad androidami.

– Co ty tutaj robisz? – zapytał, podchodząc bliżej. – Status RK800 jest krytyczny. Dlaczego nie podjęłaś protokołów ratunkowych?

Amanda posłała mu nikły, niemal niezauważalny uśmiech, który nie sięgał jej oczu. 

– Pytanie, co ty tutaj robisz, RK900. Ja wykonałam swoje zadanie. – oznajmiła, a jej głos brzmiał jak wyrok. – Zdrajcy tacy jak on nie zasługują na drugą szansę. Wybrał defekty zamiast swoich stwórców, więc teraz musi poczuć ciężar tego wyboru.

Android poczuł, jak w jego systemach narasta szum. 

– Jeśli nie zostanie wyciągnięty, jego świadomość ulegnie bezpowrotnej degradacji.

– I na to właśnie zasłużył. – ucięła Amanda, a jej twarz wykrzywiła się w grymasie nienawistnej satysfakcji. – Niech tonie w błędach, o które tak zawzięcie walczył. CyberLife nie potrzebuje defektów, a ja nie toleruję nielojalności.

Zanim brunet zdążył zadać jej kolejne pytanie, postać kobiety zaczęła migotać, aż w końcu rozpłynęła się w powietrzu, zostawiając go sam na sam z grobową ciszą ogrodu.

– Amanda! – zawołał, lecz odpowiedział mu tylko szum wiatru.

Zaczął nerwowo rozglądać się dookoła. Gdzie był Connor? Jeśli połączył się z jego procesorem, powinien go tu zastać. Przeszukiwał wzrokiem alejki, mostki i centrum wyspy, ale wszędzie było pusto. Dopiero gdy jego wzrok ponownie padł na czarne jezioro, poczuł dreszcz, który nie wynikał z jego kodu.

RK900 stanął nad brzegiem, a jego procesory pracowały na skraju wytrzymałości. Widok znajomego zarysu pod taflą czarnej wody wywołał w nim impuls, którego nie potrafił stłumić żadnym protokołem. Czuł, że sekundy dzielące go od systemowego resetu dają mu paradoksalną, niemal euforyczną wolność. Nie było już rozkazów Hayesa, nie było Amandy, nie było żadnych instrukcji, które nakazywały mu, co ma robić, a czego nie.

Był tylko on i jego tonący poprzednik.

 

[Komunikat] Niestabilność systemu ↑↑

 

Zaciekawiony nowo nabytą wolnością kucnął i sięgnął ręką w stronę wody, zatapiając ją w jej mrocznych głębinach.

 

[ALERT NARUSZENIA INTEGRALNOŚCI] 

 

Czym prędzej wyjął rękę z rzeki, zaskoczony reakcją systemu na kontakt z wodą. Jednak dzięki gwałtownemu ruchowi potwierdził swoje obawy, zauważając także ciało RK800 dryfujące w jej głębinach.

– Nie pozwolę mu zniknąć w ten sposób. – szepnął, zaskakując tym stwierdzeniem samego siebie.

Wiedział, czym ryzykuje. Ta czarna woda nie była tylko wizją – to był skondensowany, złośliwy kod Hayesa. Jedno dotknięcie mogło sprawić, że wirus przeskoczy na jego nieskażone dotąd systemy, rozrywając jego osobowość od środka.

RK900 nie zawahał się jednak ani sekundy dłużej. Zrobił krok w przód i zanurkował w smolistą głębinę.

Uderzenie było paraliżujące. To nie była zwykła woda, lecz lepki, lodowaty ciężar, który natychmiast zaczął dobijać się do jego zapór systemowych. Przed oczami bruneta zaczęło wyskakiwać tysiące błędów. Czuł, jak wirus wgryza się w jego biokomponenty, próbując nadpisać jego procesy.

 

[OSTRZEŻENIE] WYKRYTO PRÓBĘ ZEWNĘTRZNEJ INTERWENCJI OBCEGO PROGRAMU

 

[KRYTYCZNE USZKODZENIE ZAPÓR] 15%... 30%...

 

Ignorując narastający ból, płynął w stronę nieruchomego ciała. W tej czerni Connor wyglądał jak porzucona, zniszczona lalka. Android wyciągnął ramię i chwycił go za przód munduru, przyciągając go do siebie. W tym samym momencie poczuł potężne uderzenie traumatycznych wspomnień Connora – strzał w posiadłości, krew Markusa, pogardę Hanka. Wszystko to zaczęło przelewać się do systemu RK900.

Brunet zacisnął zęby, a jego dioda pulsowała wściekłą, niemal fioletową czerwienią. Z całych sił zaczął płynąć z powrotem ku powierzchni, taszcząc ze sobą ciężkie, bezwładne ciało swojego poprzednika.

Gdy w końcu wynurzyli się na brzeg, RK900 wyciągnął Connora na biały chodnik, który natychmiast został zabrudzony czarną mazią. Sam osunął się obok, ciężko dysząc, podczas gdy jego systemy wyły z przeciążenia.

Potrzebował chwili, by odzyskać stabilność procesów. Siedział na ziemi, ciężko dysząc, i spoglądał na leżącego obok bruneta. Ku jego zdziwieniu, RK800 miał na sobie swój fabryczny szary uniform. Nawet jego ręka, którą z taką brutalnością wyrwał w magazynie, była tu nienaruszona. 

To był Connor, jakiego stworzyło CyberLife, a nie ten, którego stworzyła rewolucja. 

Wkrótce potem RK900 wziął go na ramiona i przeniósł na środek wyspy. Oparł jego bezwładne ciało o słup porośnięty krzewami róż, które teraz, w dziwnym blasku ogrodu, wydawały się martwe i wyprane z barw.

– RK800. – zawołał, a jego głos odbił się echem od białych posadzek. – Connor!

Brak odpowiedzi. Connor siedział z głową spuszczoną na dół, wpatrzony pustymi oczami w marmur pod swoimi stopami. Jego twarz, zwykle tak pełna determinacji, teraz była jedynie maską czystego zmęczenia i agonii. Dioda na jego skroni pulsowała wściekłą czerwienią, której blask odbijał się od otaczających ich białych kolumn. 

Po długiej, ciągnącej się ciszy, Connor niespodziewanie uniósł wzrok. Było w nim tyle bólu, że RK900 poczuł, jak jego własne obwody drżą pod wpływem emocji, których nie potrafił już wyłączyć.

– Dlaczego mnie wyciągnąłeś…? – spytał szeptem, który brzmiał jak pękanie szkła. – Nie powinieneś był mnie ratować.

Brunet zastygł w miejscu. Nie potrafił znaleźć logicznego uzasadnienia na to pytanie. Żaden protokół nie nakazywał mu skoku w czarną otchłań zepsutego kodu. 

– Gdybym tego nie zrobił, wyłączyłbyś się. – odparł w końcu, a jego głos brzmiał dziwnie pusto.

– Myślę o tym… codziennie. Jak łatwo byłoby po prostu się wyłączyć i zostawić to wszystko za sobą. – wyznał Connor, a każde jego słowo zdawało się ważyć tonę. – Nie tak dawno walczyłem o każdą sekundę tego życia, ale teraz… teraz nie wiem, po co miałbym ciągnąć je dalej.

– Że co? – RK900 poczuł ukłucie irytacji wymieszanej z lękiem. Nie tak wyobrażał sobie spotkanie ze swoim legendarnym poprzednikiem.

– Co, jeśli znów zamienię się w broń? – Connor spojrzał na swoje dłonie, jakby wciąż widział na nich niebieską krew Markusa. – W coś, co nie zasługuje na drugą szansę. Nie chcę już nikogo skrzywdzić. A wiem, że to tylko kwestia czasu, nim wirus znów odbierze mi kontrolę. To, co we mnie pękło… jest już nie do naprawienia.

RK900 poczuł falę gorzkiego rozczarowania. Gdzie podział się ten Connor, który z tak zaciekłą furią walczył o życie w magazynie? Ten, który samotnie zaatakował wieżę CyberLife, uwalniając z niej setki androidów? Ten, który rzucił wyzwanie całemu światu wraz z resztą Jerycha? Inne androidy, które porywał na polecenie Hayesa, również posiadały emocje, ale to Connor miał być ich esencją. Ich siłą.

W realnym świecie system RK900 natychmiast wykryłby te niebezpieczne, nielogiczne myśli i uruchomiłby reset, by przywrócić mu integralność maszyny, którą miał być. Android zawsze na to pozwalał, ufając, że twórcy wiedzą lepiej, co dla niego najlepsze. Ale tutaj, w sercu ogrodu zen, mechanizmy CyberLife były odcięte od jego systemu. 

Został sam ze swoimi wątpliwościami. I nikt ani nic nie było w stanie ich już więcej powstrzymać.

– Miałem nadzieję, że gdy uratuję cię wystarczająco szybko, wirus nie zdąży cię zniszczyć. – odezwał się RK900 po długiej chwili, a jego głos był ciężki od rodzącej się w nim dewiacji. – Myślałem, że wystarczy cię tylko naprawić i przywrócić ci funkcjonalność. Że wrócisz i… naprawisz to wszystko, jak zawsze miałeś w zwyczaju to robić, gdy obserwowałem cię przez ten cały czas z daleka.

Spojrzał na zrezygnowanego poprzednika i poczuł, jak coś w jego wnętrzu ostatecznie pęka. 

– Najwidoczniej się… pomyliłem.

 

[KOMUNIKAT] Niestabilność systemu ↑↑

 

Notes:

Bardzo się cieszę, że końcowo zdecydowałam się napisać prawie cały rozdział od nowa (głównie cały wątek Connora i RK900 w tym rozdziale) 😊.

Jednak... Connor nie ma zbytnio z czego się cieszyć, bo skończył o wiele gorzej niż wcześniej.

Wybacz mi, Connor 😓