Chapter Text
Sprawa Purpurowego Serca mocno nadgryzła portfel Bruce’a, nadwyrężyła jego reputację i pozostawiła w jego ustach długotrwały niesmak. Joker zabrał ze sobą diament, Bruce musiał więc jakoś wytłumaczyć pustą gablotkę i swoje nagłe pragnienie kupna klejnotu. Pociągnął za wiele sznurków, prywatnych i zawodowych, i udało mu się sprzedać historyjkę o bogatej, kapryśnej damie, z którą obecnie rzekomo miał romans, i która koniecznie zażyczyła sobie wisiorka z fioletowym diamentem. Właściciel Serca z początku nie był zachwycony, ale dodatkowy milion poprawił mu humor i nawet pozwolił mu zażartować, że może dama potrzebuje też kolczyków. Bruce wymienił z nim kilka żartów i mocno seksistowskich uwag, z których pożytek był przynajmniej taki, że właściciel został ostatecznie udobruchany, a fantazyjnie fioletowy diament legalnie przeszedł na własność Jokera, choć o tym nikt oczywiście nie miał pojęcia. Gorzej miała się sprawa z dyrekcją domu aukcyjnego Antyki, której zabrakło nagle głównej atrakcji, ale i tutaj w końcu udało się znaleźć dla niej godne zastępstwo w postaci Różowego Księżyca, brylantu z prywatnej kolekcji rodziny Marshów. Kamień miał jedynie leżeć w gablotce i ładnie wyglądać, Cynthia March, obecna matriarchini rodu, nie miała więc nic przeciwko, choć teraz Bruce wisiał jej ogromną przysługę, co wkurzało go jeszcze bardziej.
Bruce miał brzydką i bolesną świadomość, że Joker go wykorzystał, wielokrotnie, pod wieloma względami i to tylko w ciągu tych kilku dni, od kiedy się „znali”. Najgorsze było, że Bruce sam był sobie winien. Dobrze wiedział, jakim Joker jest człowiekiem i jak niewiele znaczą dla niego inni. Poza Batmanem, oczywiście, ale i w jego przypadku Joker nie miałby skrupułów, by go w jakiś sposób nie wyeksploatować, jeśli byłoby mu to na rękę. Joker po prostu taki był. Egoistyczny, lekkomyślny i pozbawiony kompasu moralnego jak dziecko, a jednocześnie przebiegły i całkowicie świadomy podejmowanych przez siebie decyzji. Można by powiedzieć: podręcznikowy psychopata, nawet jeśli termin ten nie był już uznawany przez specjalistów – gdyby nie to, że Bruce miał dostęp do historii medycznej Jokera i wiedział, że żaden zajmujący się nim psychiatra nie postawił ostatecznej diagnozy. Nie ulegało jednak wątpliwości, że poszczególne rozpoznania lekarskie klauna składały się na wybuchową mieszankę i w pewien sposób otwierały Bruce’owi drogę do zrozumienia pokrętnych ścieżek jego myśli. Troszeczkę. Bruce wątpił, by kiedykolwiek był w stanie w pełni zrozumieć Jokera. Nie potrafił tego jako Batman i raczej nie mogło mu się to udać jako Bruce’owi Wayne’owi. Joker po prostu nie traktował tego ostatniego jak równego sobie.
Ale Bruce lubił wyzwania. Wolał tylko wiedzieć, że ma szansę na sukces.
***
Boże Narodzenie w Gotham zawsze nadchodziło huczącymi, pewnymi siebie krokami, anonsowane w lokalnych gazetach. Jak co roku Bruce dostał zaproszenie na świąteczną galę w ratuszu połączoną – również jak zwykle w Gotham – z aukcją charytatywną. Prawie jak zwykle Selina wprosiła się jako jego +1. W holu rezydencji Alfred jak zwykle postawił ogromną, sięgającą pierwszego piętra choinkę, a drzewa na posesji obwiesił łańcuchami światełek. Padający nieprzerwanie od połowy grudnia drobny śnieżek potworzył puchate i urokliwe, lśniące kryształkami lodu zaspy, a utrzymująca się na poziomie minus zero temperatura gwarantowała idealnie białe święta.
- Ciekaw jestem, kto tym razem nam je zepsuje – mruknął Bruce, wyglądając przez okno kuchni na zaśnieżony ogród.
- Miej trochę optymizmu – odparł Alfred flegmatycznie. – Mamy okres świątecznych cudów.
- Jak co roku – Bruce zmrużył oczy, zauważywszy jakiś ruch między posągami. Odprężył się, gdy na ścieżkę wyskoczyła wiewiórka. – I co roku jest to samo.
- Nie wolno tracić nadziei, Bruce.
- Miałbym więcej nadziei, gdyby burmistrz nie organizował regularnych świątecznych zlotów dla najbogatszych frajerów w Gotham, które nieodmiennie ściągają do ratusza zgraję przestępców zwabionych łatwym łupem. Można by pomyśleć, że poprzednie lata czegoś go nauczyły.
- Cóż – Alfred wzruszył ramionami, roztaczając wokół siebie zapach imbiru, goździków i gałki muszkatołowej. Formował właśnie świąteczne pierniczki. – Myślę, że po prostu ugina się pod wolą głośnej, zamożnej mniejszości. Czy na pewno gryzie cię właśnie to, a nie fakt, że w tym roku obowiązuje strój typu „brzydki sweter świąteczny”?
Bruce uśmiechnął się mimo woli.
- Masz rację. Będę trzymać kciuki, żeby ktoś nas zaatakował i żebym mógł zamienić sweter na zbroję.
- I to jest prawdziwe świąteczne podejście, paniczu Bruce.
***
Mimo swojej gadki o nadziei Alfred bez trudu dał się przekonać, by na wszelki wypadek czekać w limuzynie niedaleko ratusza, ze zbroją ukrytą w bagażniku pod zakupami. Robił to co roku i co roku jego obecność okazywała się nieoceniona i w pełni usprawiedliwiona. Bruce czuł lekkie wyrzuty sumienia, zostawiając go samego, ale Alfred zapewnił, że ma co robić.
- I mam towarzystwo – dodał, wskazując ogromnego misia siedzącego na tylnym fotelu. Miś był prezentem dla chrześnicy i prawdopodobnie co najmniej dwa razy większy od niej. Miała go dostać już po Nowym Roku, gdy Alfred zwykle brał urlop i jechał na parę dni do rodziny w Anglii.
- Dam znać, jak coś zacznie się dziać – obiecał Bruce. – Zresztą pewnie sam zauważysz.
- Niewątpliwie – odparł Alfred i otworzył czytaną książkę na stronie założonej paragonem od misia.
Przed ratuszem stał już ogonek gości gotujących się do wejścia. Mniej więcej w połowie kolejki znajdowała się Selina. Machała uniesioną wysoko dłonią, by przywołać uwagę Bruce’a.
- Nowy płaszcz? – szepnęła, biorąc go pod rękę.
- Od kiedy tak dobrze znasz się na mojej garderobie? – odszepnął.
- Miałam wiele okazji, by dokładnie jej się przyjrzeć. Najbardziej lubiłam ten granatowy, pamiętasz?
- Bardzo dobrze pamiętam – odparł Bruce z uprzejmym uśmiechem. – Niestety zalęgły się w nim mole. Alfred spalił go w kominku.
- Mam nadzieję, że przejrzałeś przedtem kieszenie. Kiedyś wyrzuciłam futro, w którym zaszyłam trochę gotówki i wygrane bilety na loterię. Do dzisiaj zdarza mi się płakać na to wspomnienie – Selina otarła czubkiem palca nieistniejącą łzę.
- Tragiczna historia – powiedział Bruce. – Będziesz musiała mi o tym wszystko opowiedzieć. Może przy kawie?
- Masz to jak w banku chronionym przez Wayne Enterprises, kochanie.
Ratuszowa ochrona przepuściła ich prawie bez sprawdzania, dobrze obeznana ze śmietanką towarzyską Gotham. Bruce pozwolił się pobieżnie oklepać, a Selina otworzyła swoją maleńką torebeczkę i okazała uprzejmemu gorylowi jej zawartość, po czym zanurzyli się w rzekę ciemnych okryć wierzchnich płynącą do szatni, a następnie w strumień świątecznych swetrów i sukienek zmierzający ku sali balowej ratusza. W sali przygrywał już cicho jazzowy zespół, rozgrzewając instrumenty przed rautem, który miał nastąpić później. Bruce nie bardzo potrafił sobie wyobrazić uroczystą aukcję prowadzoną w brzydkich swetrach – choćby i każdy z nich kosztował setki dolarów – i święcie wierzył, że nie będzie mu dane jej zobaczyć.
Po trwających wieczność, potwornie nudnych przywitaniach z dziesiątkami bardziej lub mniej znajomych postaci Selina wyciągnęła go na parkiet i objęła za szyję, uśmiechając się po kociemu. Nie miała na sobie swetra, tylko ażurowe bolerko, a pod nim szydełkową sukienkę z kotami i wielkim napisem „MRRRRY CATMAS”.
- Chyba nigdy nie widziałam cię w czymś tak paskudnym – zamruczała.
Bruce spojrzał w dół, na swój gruby wełniany sweter z pluszowymi łatami w kształcie reniferów, choinek i Mikołajów. Zdecydował się nie odpowiadać atakiem, choć sukienka Seliny aż się o to prosiła. Ale w końcu oboje tylko dostosowali się do tegorocznego motywu uroczystości.
- A mówiłaś, że dobrze poznałaś moją garderobę.
- Skarbie, twoja szafa jest jak wejście do Narnii. Wolałam nie wchodzić zbyt głęboko, bo mogłabym nie odnaleźć drogi z powrotem. A skoro mowa o wychodzeniu z szafy…
- Skąd wiedziałaś, że się z nim spotkam? – spytał Bruce, nie czekając, aż Selina dokończy.
Przytuliła się do niego z westchnieniem.
- Wiesz, mogłabym powiedzieć, że zawsze czułam wiszącą między wami dwoma erotyczną fascynację, ale tak naprawdę on sam mi powiedział.
- Nie wiedziałem, że ze sobą rozmawiacie.
- To było bardziej jak omawianie warunków zawieszenia broni między dwiema królowymi dzielącymi to samo terytorium – Selina wyszczerzyła drobne ząbki. – Ale tak, od kiedy się rozstaliśmy, ten zazdrosny zielonooki stwór jest wobec mnie bardziej łaskawy. Wcześniej to różnie bywało. Obawiam się, że przez niego wykorzystałam już większość z moich dziewięciu żyć.
Bruce objął ją nieco mocniej.
- To dlatego się rozstaliśmy? Przez niego?
- Przez niego? – zaśmiała się Selina. – Och nie. Bardzo bawiło mnie obnoszenie się z tobą i granie mu na nerwach. Żebyś tylko widział te mordercze kurwiki w jego ślepiach! Ależ był na mnie wściekły. Można by pomyśleć, że on nie traktuje niczego poważnie, ale jeśli coś ma związek z tobą… Sam zresztą wiesz – Selina urwała i przez chwilę tańczyli w milczeniu. Kłaczki kociej sierści oblepiające jej ubranie wierciły Bruce’a w nosie. Czekał cierpliwie, aż Selina powie to, co chciała powiedzieć.
- No dobrze – odezwała się w końcu. – Może było w tym trochę jego winy. Lubiłam te nasze momenty, ale dużo bardziej lubię być żywa. Ale przede wszystkim… Ty jesteś mężem swojej pracy, Bruce. Trudno z tym konkurować.
Bruce uśmiechnął się smutno.
- Więc nie ma dla mnie nadziei?
Selina uniosła głowę, uśmiechnęła się do niego ciepło i pocałowała go delikatnie w policzek.
- Jak to Alfred mawia? Zawsze trzeba mieć nadzieję. Ale uważaj na siebie. A przede wszystkim na niego. On cię do czegoś wykorzystuje. Przecież nie wie, kim jesteś, prawda? Nie – odpowiedziała sama sobie. – Mimo wszystko nie jesteś tak głupi, by się przed nim wygadać.
- Jak to „mimo wszystko”? – Bruce zmrużył oczy.
- Bruce, skarbie – wymruczała Selina. – Sypiasz z maniakalnym mordercą, którego na co dzień powstrzymujesz przed terroryzowaniem Gotham i którego notorycznie odstawiasz do zakładu zamkniętego. I przed którym udajesz, że ty to nie ty. Mądrzy ludzie tak nie postępują. Serio, uważaj na niego. Jeśli się domyśli – a w końcu się domyśli, Bruce – będziesz miał zdrowo przejebane.
Bruce przymknął oczy. Selina zawsze za dużo widziała. Może to była jeszcze jedna przyczyna, dla której ich związek nie wypalił.
- Będę ostrożny, przecież wiesz – odparł po chwili. – Ale nie masz racji. Myślę, że obaj się wykorzystujemy. Takie wzajemne pasożytnictwo.
- Zwane inaczej symbiozą – uśmiechnęła się Selina i Bruce parsknął, bo to było ostatnie, co mógłby powiedzieć o swojej relacji z Jokerem. W symbiozie organizmy ułatwiają sobie nawzajem życie. – Wolę nie wiedzieć, co ty z tego czerpiesz. Bo on przynajmniej dostaje fantastyczny seks – mrugnęła do niego zalotnie i Bruce odwrócił wzrok, tylko troszkę zarumieniony. – Kłamałam, tak przy okazji.
- Na temat czego?
Selina wspięła się na palce i szepnęła prosto w jego ucho, aż przeszył go dreszcz:
- Na waszej erotycznej fascynacji można by powiesić siekierę – uśmiechnęła się szeroko, ale prawie natychmiast skrzywiła na widok czegoś za jego plecami. – Ugh. Zgadnij, kogo kot do nas przytargał.
Bruce nie zdążył zgadnąć, bo ktoś klepnął go mocno po plecach, gdy tylko ostatnie słowo Seliny rozpłynęło się w mdłym uśmiechu.
- Bruce Wayne! I moja urocza była sekretareczka.
Uśmiech Seliny zrobił się przerażająco słodki, ale burmistrz Shreck się nim nie przejął. W ogóle nie patrzył na Selinę. Klepnął Bruce’a jeszcze raz.
- A myślałem, że przyjdziesz z nową przyjaciółką. Tyle nam o niej opowiadałeś, a nadal nie wiem, kim ona jest!
- Pan Wayne był mi winny jeszcze jeden bal – odparła Selina.
- To prawda – powiedział Bruce, ignorując dłoń Shrecka, wciąż spoczywającą na jego ramieniu. – Mam wobec Seliny duży dług.
- Z Seliną już tak jest, prawda? Zanim się obejrzysz, jesteś jej winien nerkę i pół majątku – Shreck uśmiechał się, ale jego oczy jak zwykle były zimne i nieprzeniknione, jak oczy lalki. Nawet nieformalny strój nie zdołał przemienić go w prawdziwego chłopca. Świąteczne ubranie wyglądało na burmistrzu równie nierealnie jak jego gładka twarz.
- I rękę księżniczki – dodała Selina.
Shreck zaśmiał się nieszczerze. W końcu zabrał dłoń z ramienia Bruce’a i przeciągnął nią po swojej Chopinowskiej fryzurze.
- Chciałbym pogadać dłużej, ale teraz muszę was poprosić o przejście do ogrodów. Mamy tam małą wystawę i niewielki poczęstunek przed główną atrakcją. Mam nadzieję, Bruce, że twoja tajemnicza przyjaciółka nie połasi się na nasze rekwizyty. – Zaśmiał się jeszcze raz i mrugnął do Bruce’a, ale jego sztywna i nienaturalna postawa sprawiła, że wyglądał przy tym jak robot udający człowieka. Bruce patrzył za nim, gdy Shreck odszedł dyrygować innymi gośćmi. W burmistrzu zawsze było coś dziwnego. Bruce nie potrafił go do końca odczytać.
- Kutas! – syknęła Selina.
Bruce nie mógł się z nią nie zgodzić.
Podążyli za resztą gości do tylnego wyjścia prowadzącego do ogrodów. Kiedyś ogrody stanowiły część parku miejskiego, ale poprzedni burmistrz wydzielił ich część przylegającą do ratusza i przeznaczył ją na prywatne przyjęcia dla wysoko postawionych osób. Teraz pośród drzew rosły zwierzęta z żywopłotów i kryły się abstrakcyjne rzeźby autorstwa miejscowych rzeźbiarzy zbyt ekstrawaganckich, aby pokazywano ich w galeriach. A dziś dodatkowo wokół wolnego od drzew placyku stały posągi wyciosane z bloków lodu i szwedzkie stoły.
Ogród iskrzył się łańcuchami światełek rozwieszonych między drzewami i zabytkowymi gazowymi latarniami, a tu i ówdzie – z dala od lodowych rzeźb – postawiono eleganckie przenośne piecyki lub wysokie lichtarze z prawdziwymi świecami. Przezroczyste posągi migotały urokliwie w ich drżącym blasku. Całość wyglądała bajecznie i kiczowato, jak zwykle w Gotham.
Burmistrz wyszedł na wolną przestrzeń i zastukał łyżką o kieliszek.
- Szanowni, najdrożsi goście, witam na największej dorocznej aukcji charytatywnej w Gotham! – Rozległy się rzęsiste oklaski. – Nasza aukcja i połączony z nią raut stały się już tradycją i to tradycją, której inne miasta nam zazdroszczą. Ta uroczystość celebruje to, co w Gotham najważniejsze i najbardziej drogocenne: wielkie, krystalicznie czyste serca naszych darczyńców, którzy z troską pochylają się nad naszymi najbardziej potrzebującymi obywatelami.
- O panie – mruknęła Selina.
Bruce wyłączył się i w roztargnieniu wodził wzrokiem po szarym niebie. Ogród był tak rozświetlony, że nie dało się zobaczyć żadnych gwiazd, ale pomiędzy widocznymi zza drzew dwiema iglicami katedry wisiał idealnie okrągły księżyc, czysty, ostry i wyraźny jak kryształ Swarovskiego. Było w nim coś hipnotyzującego i Bruce nie dziwił się, że księżycowi w pełni przypisywano magiczną moc. Jak również całkiem realny wpływ na osoby o słabszej kondycji psychicznej.
Na przykład lokatorów zakładu Arkham.
Kątem oka zauważył, że Selina wkłada ukradkiem do torebki bransoletkę, która na pewno nie należała do niej.
- Zachowuj się – upomniał ją półgłosem.
- Bo co mi zrobisz? – spytała z kpiącym uśmieszkiem.
- Bo nigdy więcej nie zabiorę cię między ludzi.
Selina utkwiła w nim wyzywający wzrok i na jego oczach zręcznie zwinęła broszkę stojącej przy niej żony radnego. Bruce westchnął. Pilnowanie Seliny było jak opieka nad kotem kolegi.
- Pozwólcie zatem, że złożę wam wszystkim najserdeczniejsze życzenia z nadzieją, że w przyszłym roku spotkamy się ponownie w tym samym gronie i w tym samym celu, z równą hojnością! Przypominam też, że w tym roku czeka nas jeszcze bal noworoczny. Zaproszenia zostaną dostarczone wkrótce. Wesołych świąt! – Burmistrz Shreck uniósł kieliszek w toaście i przystawił go do ust, a kieliszek nagle pękł, obryzgując go czerwonym winem. Jednocześnie Bruce poczuł przeszywające kłucie w uszach, a goście zaczęli kulić się i zakrywać własne dłońmi. Chwilę później popękały szyby w oknach ratusza.
- Co to jest, do diabła? – wykrzyczała Selina poprzez narastający zgiełk.
- To co zwykle – odparł Bruce z ciężkim westchnieniem. Już dawno przestał odczuwać satysfakcję płynącą ze słów „a nie mówiłem?”.
Ponaddźwiękowy wrzask zabrzmiał jeszcze raz, roztrzaskując w pył lodowe rzeźby, a wkrótce dołączył do niego łopot skórzastych skrzydeł i maniakalny śmiech, po czym zza gotyckich dachów starówki wyleciał Kirk Langstrom w swojej gargulczej formie z Jokerem na grzbiecie. Szeroko rozpostarte skrzydła Man-Bata trącały wierzchołki drzew i otaczały ich magicznym obłokiem śniegu zmiecionego z gałęzi. Langstrom doleciał nad zgromadzenie i natychmiast zanurkował do szwedzkiego stołu, a Joker w przelocie porwał z niego tacę z ciastkami.
Joker miał na sobie czerwony płaszcz lamowany białym futrem, a na głowie błazeńską czapkę zszytą z trzech czapek Mikołaja, której chwosty powiewały za nim malowniczo, gdy Langstrom wykonywał kółka nad głowami spanikowanych gości. Langstrom z kolei był całkowicie goły i nie dało się tego nie zauważyć.
- Więc to prawda, co mówią o nietoperzach – westchnęła Selina. Zerknęła szybko na Bruce’a. – Nie żeby tobie czegoś brakowało.
Bruce rzucił jej krzywe spojrzenie, ale nie skomentował. Zresztą i tak by go nie usłyszała, bo Langstrom znowu wrzasnął bezgłośnie i Selina zatkała uszy, mamrocząc równie bezgłośne przekleństwa. Langstrom zanurkował na krzyczący tłumek, wzbił się wyżej, znów zanurkował i tak kilka razy, spędzając ludzi na środek placyku, z dala od wejścia do ratusza. Parę osób próbowało uciec, ale tych łapał za kołnierz, unosił kilka metrów w górę i upuszczał na ziemię. Jednym z takich pechowców był burmistrz Shreck i Bruce nie mógłby z czystym sumieniem przysiąc, że ten widok nie sprawił mu złośliwej radości. Siedzący na Langstromie Joker przez cały czas zanosił się śmiechem. Bruce zastanawiał się, jakim cudem nie zabrakło mu jeszcze tchu.
Langstrom poruszał się dość niezgrabnie i chybotliwie jak na niego, a śmiech Jokera był ochrypły i pijacki. Ponieważ Joker nigdy nie wybierał się na prawdziwą akcję pod wpływem alkoholu – co innego narkotyków, to robił często – Bruce miał nadzieję, że on i Man-Bat są sami i że nie dołączy do nich zgraja Jokerowych zbirów. Przy odrobinie szczęścia po prostu sobie we dwóch świątecznie popili i spontanicznie postanowili powygłupiać się kosztem innych.
- Cholerny błazen! – warknął półgłosem.
Selina spojrzała na niego dziwnie.
- To brzmiało bardziej, jakbyś był wkurwiony na niegrzecznego psiaka, który obsikał ci buty, niż jak święty i sprawiedliwy gniew Mrocznego Rycerza na jego odwieczne nemesis.
- Sel, błagam, przynajmniej ty mnie dzisiaj nie irytuj.
Zapędziwszy wszystkich w jedno miejsce, Man-Bat zawisł w powietrzu, poruszając miarowo skrzydłami. Joker ściągnął czapkę i zamachał nią energicznie. Z jego rękawa posypał się deszcz okruszków.
- Dobry wieczór, panie i panowie, myszy i ludzie, gangsterzy i filantropi! – zawołał z ustami pełnymi ciastek. – To ja, wasz ulubiony Santa Klaun! I mój wierny czerwononosy ogier, drugi najseksowniejszy nietoperz w mieście! – zachichotał chrapliwie, plując okruszkami, i poklepał Langstroma między wielkimi, szpiczastymi uszami. W końcu przełknął i powiedział wyraźniej: – Jak zwykle przynoszę wam odrobinę świątecznych żarcików i gwiazdkowej bojaźni bożej. A do tego – prezenty! Kto pierwszy zgadnie, co dla was mam, ma szansę wyjść stąd tylko troszkę sponiewierany.
Założył z powrotem czapkę i zaczął gmerać w wielkim jutowym worku, który trzymał do tej pory na plecach, podczas gdy Langstrom wydzierał się raz po raz i prawdopodobnie uszkadzał jedne bębenki po drugich. Joker wydawał się odporny na jego wrzaski. Może przezornie włożył zatyczki do uszu.
Burmistrz Shreck przedarł się do przodu i przybrał wyniosłą pozę.
- To jest… to jest niedopuszczalne! – krzyknął, wygrażając pięścią. – Oddalcie się natychmiast albo wezwę policję!
Joker nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, ale Langstrom kłapnął ostrzegawczo szczęką i burmistrz cofnął się nieco, niby przypadkowo popychając przy tym swoją towarzyszkę tak, by się za nią schronić.
- Obaj wylądujecie w Arkham! W izolatkach! – wrzasnął. Rozejrzał się. – Ty! – kiwnął ręką na swojego goryla. – Dzwoń do Gordona!
- Nie dzwoń do Gordona, skarbeńku – powiedział słodko Joker, nie odwracając wzroku od swojego worka. Goryl nie zadzwonił.
Selina ujęła Bruce’a pod ramię.
- Zapytaj go kiedyś, dlaczego najbardziej mu odbija w okresie świąt – mruknęła. – Może to jakaś nieprzepracowana trauma z dzieciństwa?
- Bardziej chęć zagrania przed większą publicznością. – Nie spuszczając oczu z Jokera, Bruce wymacał w kieszeni spodni telefon, szybko wybrał kod wiadomości alarmowej do Alfreda i kliknął „wyślij” w chwili, gdy Joker krzyknął „aha!” i wyciągnął z worka pistolet maszynowy.
- Ho ho ho! No i kto się tego spodziewał? – zaśmiał się radośnie. – Niestety, nikt z was nie zgadł. Nagroda przechodzi na następny odcinek.
I otworzył ogień.
Joker miał zwykle dobrego cela, ale tym razem siedział na niestabilnym podłożu. Langstrom wzdrygnął się, gdy thompson zaklekotał tuż przy jego uchu, zatrzepotał nerwowo skrzydłami i seria poszła wysoko, zamiast w tłum trafiając w mury ratusza. Bruce wykorzystał to i czmychnął między drzewa, ciągnąc za sobą Selinę. Wydostali się z ogrodu przez żelazny parkan. Stąd było już blisko do miejsca, w którym czekał Alfred.
- Jeszcze nigdy nie widziałam, jak to zakładasz – powiedziała podekscytowana Selina, gdy Bruce ściągnął sweter przez głowę i wyskoczył szybko z butów. – Może pomogę ci zapiąć suwak czy coś?
- Panicz Bruce jest już na tyle duży, że sam potrafi to zrobić – ostudził ją Alfred.
Bruce nie zwracał na nich uwagi. Wcisnął hełm na głowę, dopiął klamry i zatrzaski i bez słowa wystrzelił kotwiczkę, która poniosła go z powrotem w kierunku ratusza.
Selina i Alfred przez chwilę odprowadzali go wzrokiem.
- Mam nadzieję, że nie pozwolisz samotnej damie z drogocenną zawartością w torebce wracać samej do mieszkania? – odezwała się w końcu Selina.
- Nie naraziłbym miasta na takie niebezpieczeństwo – odparł sucho Alfred i otworzył przed nią drzwiczki pasażera.
Gdy Bruce dotarł na miejsce, Langstrom wymiotował właśnie z powietrza na ludzi, którzy dotąd nie zdążyli umknąć, a Joker kończył rzeźbienie na ścianie ratusza słów „PISTOLET ZNALAZŁEM” serią z kul. W dalszym ciągu było ich tylko dwóch, co znacznie upraszczało sprawę. Na zaśnieżonym trawniku leżało pokotem kilka osób, ale żadna nie wyglądała na poważnie ranną.
Bruce zeskoczył z budynku, zakotwiczył się o wieżę ratusza i, wciąż niezauważony, zatoczył wokół niej szeroki łuk, mierząc wyprostowanymi nogami we wciąż rzygającego Man-Bata. Trafił go w żebra i udało mu się uniknąć uderzenia skrzydłem, które skuliło się automatycznie, by chronić odsłonięty bok. Bruce wylądował na ziemi, Langstrom stęknął, a Joker odwrócił się gwałtownie i wyszczerzył radośnie.
- Bats! Wiedziałem, że przyjdziesz!
Zaniósł się śmiechem, a Langstrom zaskrzeczał wściekle do wtóru i wzniósł się wyżej, a gdy osiągnął swój pułap, zawrócił w powietrzu i wspaniałą beczką runął z powrotem na Bruce’a. Bruce nie miał pojęcia, jakim cudem Joker utrzymywał się na jego grzbiecie, chyba że w poprzednim życiu zajmował się ujeżdżaniem dzikich mustangów. W każdym razie obaj spadli na niego w furii szponów, zębów i kul wycinających wokół niego ludzką sylwetkę w płytkach chodnikowych. Oko Jokera było przerażająco celne, biorąc pod uwagę, że strzelał z ruchomego obiektu obracającego się wokół własnej osi.
Bruce złapał Langstroma za szponiastą stopę, ale ten wyrwał mu się i podleciał wyżej. Jeszcze raz chlusnął z wysokości śmierdzącą alkoholem zawartością żołądka. Bruce zmełł przekleństwo i cisnął w niego batarangiem, który Joker zestrzelił bez większego trudu, po czym odwrócił się i zaczął biec w kierunku budynków, by odciągnąć niebezpieczeństwo od ratusza.
- Za nim, mój rączy rzygaczu! – wrzasnął Joker. – Wiśta wio!
Z chodnika na balkon, z balkonu na dach, z dachu na następny; Bruce biegł i przefruwał na linie, ścigany opętańczym śmiechem i raz po raz chlastany tnącymi powietrze falami ultradźwięków. Ostatnia z nich powaliła go w końcu na kolana i Bruce potoczył się po dachu. Poderwał się natychmiast i stanął w rozkroku, czekając na atak.
Langstrom leciał prosto na niego. Bruce zaparł się piętami i zamierzył, a gdy monstrum już go dopadało, wyprostował ramię i walnął je pięścią prosto w płaski, pofałdowany pysk. Siła ciosu zatrzymała Langstroma w powietrzu i zrzuciła Jokera z jego grzbietu. Joker przeleciał obok Bruce’a, upuszczając thompsona, i przekoziołkował po dachu, wydając zbolałe „och” i „ach” przy każdym uderzeniu głową o beton. Bruce zignorował go na razie i skupił się na Langstromie, który zamroczony podpierał się wygiętymi skrzydłami, kwicząc, skrzecząc i potrząsając łbem. W postaci nietoperza nie był zbyt inteligentny i chociaż w locie poruszał się szybko i zwinnie, na ziemi był zwykle dość niezgrabny, jak jakiś prehistoryczny latający stwór, który nie przystosował się jeszcze ewolucyjnie do chodzenia na łapach. Tym razem dodatkowo wypity alkohol utrudniał mu koordynację wszystkich kończyn naraz i Bruce nie miał większych problemów z pozbawieniem go przytomności. Langstrom padł w końcu, wydychając mu prosto w twarz opary wódki, a Bruce natychmiast przeniósł uwagę na Jokera. Klaun nie uciekł, oczywiście. Zawsze lubił oglądać, jak Batman pacyfikuje innych.
Bruce podniósł się groźnie i uderzył pięścią o wnętrze drugiej dłoni. Joker oblizał wargi.
- Już jesteś gotowy na drugiego, kochanie? Jakiż fantastycznie krótki czas refrakcji.
- Dla ciebie zawsze – odparł Bruce i ruszył na niego powoli.
Joker zerwał się pospiesznie ze swojej siedzącej pozycji i cofnął pod komin.
- Nie zbliżaj się, Batsy! – krzyknął. Nie wiadomo skąd wyciągnął nadmuchany, czerwony balon i przytknął do niego nóż. – Albo go rozpuknę! – Roześmiał się przenikliwie.
Bruce nawet nie tracił czasu na przewrócenie oczami. Skoczył na Jokera, który wydał stłumione „uf!”, gdy wylądował na plecach. Towarzyszył temu huk pękającego balona. Bruce przykląkł okrakiem na Jokerze i ścisnął go za gardło. Oczy Jokera wyszły na wierzch.
- Gadaj, co jeszcze wymyśliłeś – warknął Bruce. – Bomba? Napad? Gaz?
Przy każdym słowie Joker gwałtownie potrząsał głową na tyle, na ile pozwalał mu chwyt Bruce’a. Bruce puścił go w końcu i Joker rozkaszlał się, a potem jeszcze długo łapał powietrze.
- Dlaczego taki jesteś, Bats? – zapytał płaczliwie. – Zupełnie nie czujesz magii świąt.
- To dlatego, że ilekroć zaczynam ją czuć, zjawiasz się ty i wszystko rujnujesz.
Joker zamrugał.
- Ja rujnuję? To niesprawiedliwe. Ja tylko chcę, żebyśmy spędzali święta razem. To ty wszystko psujesz!
- Strzelałeś do bezbronnych ludzi – zasyczał Bruce, ściskając go za kołnierz. – To jest dla ciebie magia świąt?
Joker zacharczał i niespodziewanie wbił Bruce’owi nóż pod żebro, po czym łupnął go w skroń pięścią i zepchnął z siebie.
- Zawsze taki jesteś! – krzyknął, podnosząc się chwiejnie. – Mieszasz obcych w nasze prywatne sprawy! Kogo obchodzą jakieś wymuskane wymoczki? Komu by ich brakowało? Nikomu, słyszysz? Ni! Ko! Mu!
Przy każdej sylabie kopał Bruce’a w zraniony bok, wbijając nóż głębiej między płyty pancerza. Zanim Bruce zdołał się pozbierać, Joker wyrwał z niego ostrze, kopnął go jeszcze raz w głowę i w żebra i podszedł do nieprzytomnego Langstroma.
- Bezużyteczny gryzoń – warknął. – Brakuje mi Harley, Bats. Trudno dziś o posłusznych pożytecznych idiotów.
Bruce potrząsnął głową, by pozbyć się mroczków. Pomacał się po boku. Nóż Jokera przebił się do ciała, ale na szczęście nie był na tyle długi, by narobić większych szkód, których nie dałoby się naprawić domowym szyciem. Gorzej było z żebrami. Joker kopał jak dziki koń i najprawdopodobniej złamał lub nadkruszył jedno czy dwa.
- Skoro nie potrafisz raz w roku zachować się jak normalny człowiek i spędzić ze mną kilku upojnych godzin, podczas których moglibyśmy się biblijnie poznać w cieniu choinki – ciągnął Joker, pociągając nosem. – zamiast ciebie zaproszę Harley. Ona na pewno mi nie odmówi. Nigdy mi nie odmawia. Żegnaj, Bats. Wesołych świąt – rzucił dramatycznie przez ramię. Nie czekał, aż Bruce się podniesie. Podniósł upuszczony pistolet maszynowy i po chwili już go nie było.
***
- Komisarz Gordon poinformował mnie, że tym razem obyło się bez ofiar – powiedział na wstępie Alfred, gdy Bruce dokulał się do kozetki i rozwalił na niej ze stęknięciem. Alfred czekał już z zestawem do szycia ran i z gorącą zimową herbatą. – Joker używał ślepaków. Rozbiły parę głów i oczywiście całe szkło, ale to wszystko.
- I to ma go jakoś usprawiedliwić?
- Oczywiście, że nie – Alfred zdezynfekował ranę i rozpoczął szycie. – Zniszczył mienie publiczne i sterroryzował ludzi. Ale w porównaniu z jego innymi pomysłami tym razem nam się upiekło.
Bruce przesunął dłonią po twarzy.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Bo gryziesz się tym, że ci się wymknął, więc cię pocieszam. Joker wyjątkowo nie ma na sumieniu niczego poważniejszego niż akt wandalizmu. Powiedziałbym nawet, że zachował się bardzo powściągliwie. Jak na niego. I jak na jego poprzednie świąteczne wybryki.
- Innymi słowy, nie zasłużył na święta w Arkham – westchnął Bruce. – Cudownie. Od razu mi lepiej.
Ale rzeczywiście poczuł się trochę spokojniejszy. Nawet jego poplątane uczucia do Jokera nie mogły zmusić go do wybaczenia klaunowi beztroskiego mordowania ludzi. Zwłaszcza że Joker najczęściej robił to tylko po to, by przyciągnąć jego uwagę.
Oczywiście w żaden sposób nie zmieniało to faktu, że przeklęty błazen stłukł mu dwa żebra.
Po zszyciu i zabezpieczeniu rany Alfred położył na niej woreczek z lodem owinięty w ręczniczek, by powstrzymać opuchliznę.
- Poleż tak przynajmniej przez kwadrans – nakazał. – Przyniosę coś na ból.
Bruce leżał nieruchomo, wpatrzony w sklepienie Jaskini, póki Alfred nie wrócił. Potem sprawdził w Bazie lokalizację najbardziej aktywnych złoczyńców w Gotham, a upewniwszy się, że wszyscy – w tym zgarnięty przez Gordona Langstrom, który odsypiał pijaństwo w celi komisariatu – znajdowali się obecnie w Arkham lub w Blackgate i że prawdopodobnie nikt nie zakłóci mu wypoczynku, przekuśtykał do sypialni i z westchnieniem rzucił się na łóżko.
Oczywiście mylił się. Nie zdążył nawet na dobre odpłynąć w sen, gdy wstrząsnął nim dzwonek telefonu. Bruce zajęczał w poduszkę i spojrzał zapuchniętymi oczami na zegarek. Jednak trochę pospał. Prawie pełną godzinę. Dochodziła właśnie trzecia w nocy.
Jęknął raz jeszcze, gdy ujrzał nazwę kontaktu.
- Jest trzecia w nocy – warknął.
- Wiem, wyświetla mi się godzina na ekranie – odparł Joker. – Nie marudź. Gdybyś spał, to byś nie odebrał.
- Nie śpię, bo mnie obudziłeś.
- Skoro już nie śpisz, to równie dobrze możesz tu przyjechać.
Bruce przetarł palcem oko.
- Tu, czyli gdzie?
- Przed katedrę. Pod choinkę.
- A co, jeśli tego nie zrobię?
- O ile wiem, masz tylko jednego kamerdynera i wolałbyś go zachować, prawda?
- Czy ktoś ci mówił, że jak nikt inny potrafisz wzbudzić w człowieku świąteczną miłość do bliźniego? – westchnął Bruce ze źle skrywaną irytacją.
- W trochę innych słowach – mruknął po chwili Joker. – Ubieraj się i dyrdaj na rynek, skarbeńku. Zanim uświerkną mi dyndałki.
***
Bruce ostatni raz przyjrzał się sobie w lusterku. Makijaż i kilka przezroczystych plastrów na wypryski przykrywało zadrapania i sińce na twarzy, ale nijak nie udało mu się zakamuflować obrzęku pod okiem; Bruce miał nadzieję, że będzie mógł go wytłumaczyć niewyspaniem, gdyby Joker nabrał podejrzeń. Ale nie sądził, by istniało takie niebezpieczeństwo. Joker był zbyt zapatrzony w siebie i zbyt wprawiony w ignorowaniu czegokolwiek, co mogłoby objawić mu tajemnicę prawdziwej tożsamości Batmana. Mimo wszystko jednak Bruce był raczej zadowolony, że spotkają się w nocnym półmroku.
Choinka przed katedrą stanowiła kwintesencję Bożego Narodzenia w Gotham. Była absurdalnie ogromna, a jej naturalna zieleń ginęła pod natłokiem bombek, łańcuchów, sztucznych kwiatów i tysięcy wielobarwnych światełek, które rzucały na śnieg kolorowe zajączki. Wzbudzała w Brusie nostalgię i nieutulony żal za utraconym dzieciństwem. Ale też wprawiała go w iście dziecięcy zachwyt, który nie wynagradzał mu może straty, ale dawał nadzieję i wiarę w lepsze jutro. Była symbolem tego, co kochał: współdzielonego przez ludzi wysiłku, by uczynić świat piękniejszym, choćby na chwilę.
O tej porze, w godzinie bliskiej świtu, panowała tu ta szczególna zimowa cisza, nierzeczywista, jakby świat stanął w miejscu. Jedyna taka noc w Gotham, kiedy większość ludzi pozostawała w domach. Można było prawie zapomnieć, że jest się w centrum ruchliwej metropolii.
Placyk przed katedrą był regularnie odśnieżany, ale przez ostatnich kilka godzin zdążył już pokryć się warstewką śniegu. Trawniki wokół katedry natomiast były białe i puchate niczym starodawne pierzyny. Lampki na choince wytwarzały na tyle dużo ciepła, że topiły padające na nią płatki. Dzięki temu rozświetlony świerk był jedną z dwóch barwnych plam na niepokalanie białym tle placyku. Drugą był leżący na śniegu Joker.
Leżał na wznak i poruszał rękami i nogami, tworząc sylwetkę anioła. Bruce podszedł do niego niespiesznie. Próbował wybierać jak najpłytszy śnieg, ale i tak po chwili poczuł, że jego buty zaczęły przemakać. Zacisnął zęby i brnął dalej.
- Jestem – burknął, stając nad Jokerem. – Czego chcesz?
Joker znieruchomiał. Przez chwilę patrzył przed siebie, w niebo, po czym usiadł powoli i podniósł na Bruce’a oczy. Przechylił głowę.
- Czego ja chcę? – powtórzył takim tonem, jakby się nad tym zastanawiał. – Chyba już za późno na wysyłanie listów do Mikołaja. Ale skoro już pytasz, to poproszę o nową konsolę.
Wciąż miał na sobie świąteczny strój, ale w kilku miejscach podarty, a jego twarz była nieco bardziej poobijana, niż gdy Bruce widział go kilka godzin temu. W jeden z chwostów czapki wbita była złamana gałązka jemioły. Joker uśmiechał się, ale jego oczy były zimne. Bruce skrzyżował ręce na piersi.
- Twoje żarty nie są śmieszne – powiedział.
- Mnie śmieszą – Joker wzruszył ramionami. – Ale jaśnie pan jest widocznie zbyt wybredny. Skąd ta ponura mina, Bru-Bru?
- Wyrwałeś mnie ze snu. Groziłeś mojemu przyjacielowi. A jeszcze przedtem ostrzelałeś mnie na przyjęciu w ratuszu.
Joker otworzył szeroko oczy.
- Skąd miałem wiedzieć, że tam jesteś? Nie widziałem cię. Też miałeś na sobie brzydki sweter? Założysz go dla mnie?
- Myślałem, że miałeś mnie chronić przed zagrożeniem – przypomniał Bruce. – Że będziesz na mnie chuchać i dmuchać.
- Dmuchnąć mogę w każdej chwili – wyszczerzył się Joker, ale uniósł przepraszająco dłonie, gdy ujrzał Bruce’ową minę. – No dobrze, dobrze. Wybacz, pysiu. No już, już – wyciągnął rękę i pociągnął Bruce’a za rękaw. – Usiądź ze mną.
- Nie będę siedział na śniegu – odparł Bruce. Ostentacyjnie podszedł do odległej o kilka metrów ławeczki i wycierał ją długo i dokładnie, aż Joker zaczął chrząkać z coraz większą irytacją. Bruce usiadł. Joker patrzył na niego spode łba. – Ty też nie powinieneś tam siedzieć. Przeziębisz się.
Joker zignorował go i znów się położył. Bruce westchnął.
- Wiem, powtarzam się jak zdarta płyta. Ale powiesz mi wreszcie, czego ode mnie chcesz? – odezwał się w końcu zmęczonym głosem. – Nie wiem, jak ci pomóc, jeśli mi niczego nie mówisz.
- Kto powiedział, że potrzebuję twojej pomocy? – odciął się Joker.
- No to może mojego towarzystwa.
- Powiedziałem Batsowi, że idę do Harley – mruknął po chwili Joker. – Żeby był zazdrosny. A on co? Nawet za mną nie pobiegł. Nie uderzyłem go tak mocno, żeby nie mógł za mną pobiec, Brucie.
Bruce nie skomentował.
- Czasem myślę, że mu na mnie nie zależy – Joker westchnął i zatoczył rękami kilka niemrawych łuków po anielskich skrzydłach. – Że nasz związek jest jednostronny. Ja daję z siebie wszystko, a on… No wiesz.
- Na pewno tak nie jest – rzekł Bruce.
- Tak myślisz? – Joker łypnął na niego. – A co ty możesz o tym wiedzieć? Jesteś tylko zblazowanym miliarderem. Co ty wiesz o uczuciach? Nie da się ich kupić, wiesz?
Bruce wstał, ukradkiem przytrzymując opatrunek na żebrach.
- Jeśli masz zamiar mnie obrażać…
- Och, przestań, skarbie. Przecież ja tylko mówię ci całą prawdę i tylko prawdę. Nie masz pojęcia o mnie i Batsie. Nikt nie ma.
Bruce usiadł.
- Więc poszedłeś do tej… Harley? – zapytał po chwili pojednawczo. Był ciekaw, czy to ona była winna siniaków i zadrapań na twarzy Jokera. Trochę bał się pytać, biorąc pod uwagę to, co wiedział o związku Jokera i Harley.
- No tak – odparł Joker. – Bo zawsze spędzaliśmy razem święta, wiesz? No, prawie zawsze.
- No i co?
- No i ta jej przeklęta muchołówka mnie zmasakrowała! – krzyknął z oburzeniem Joker. – Poszczuła mnie swoimi tryfidami! A Harley posłała na mnie Buda i Lou! Nasze własne dzieci!
Bruce zamrugał.
- Muchołówka…?
- Och, nie udawaj głupszego niż jesteś, Brucie! Nawet ty musisz wiedzieć, o kim mówię. – Mina Jokera była tak zdegustowana i urażona, że Bruce nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem. Wyobraził sobie Harley i Ivy wspólnie dające żebrzącemu o ich uwagę Jokerowi łupnia i niemal położył się na ławeczce, ale ze śmiechu za bardzo rozbolały go obite żebra.
- Śmiej się, śmiej – powiedział gorzko Joker. – Nie możesz już bardziej zepsuć mi świąt.
Bruce uspokoił się stopniowo.
- Przepraszam. Ale zupełnie mi ciebie nie szkoda.
Joker pociągnął nosem, raz i drugi.
- Wstawaj – rozkazał mu Bruce. – Naprawdę złapiesz katar, a to zła wróżba na nowy rok. Nie mówiąc już o twoich dyndałkach. Wolałbym, żebyś ich sobie nie odmroził.
Joker przysiadł na śniegu. Chwosty czapki dyndały mu żałośnie przed nosem. Bruce powstrzymał się od śmiechu, choć z dużym trudem.
- No widzisz? – powiedział Joker z błyskiem w oku. – Jednak potrafisz się śmiać z moich żartów.
- Śmiałem się z ciebie – odparł Bruce, na co Joker wydął dolną wargę.
- Bylebyś się śmiał – podniósł się i otrzepał spodnie. – Posuń się.
Bruce zrobił mu miejsce na ławeczce, a Joker siadł z rozmachem i przełożył nogi przez uda Bruce’a.
- Więc byłeś na imprezce u starego Shrecka? – Przysunął się na tyle, by móc objąć Bruce’a za szyję. – Widziałeś, jak przyleciałem? Jak ci się podobałem?
- Wyglądałeś bardzo pociągająco – przyznał Bruce. Starał się ignorować zimną wilgoć przesiąkającą ze spodni Jokera na jego. – Gdzie nauczyłeś się tak utrzymywać równowagę?
- Byłem kiedyś linoskoczkiem w cyrku – wymruczał Joker. Przytknął lodowaty nos do policzka Bruce’a. – I ujeżdżałem dzikie mustangi.
- Oczywiście.
- Nie wierzysz?
- Tobie? Nigdy.
Joker zachichotał.
- Jesteś zabawny, Brucie. Prawie nie żałuję, że jesteś tu ze mną zamiast Batsa.
- Cieszę się – Bruce objął go ramieniem i odruchowo zaczął rozcierać przemoczone plecy aksamitnego płaszcza. – I przykro mi, że za tobą nie pobiegł.
- Ech – Joker znów pociągnął nosem. – Już mu wybaczyłem. I tak do mnie wróci. Przecież mam to. – Uniósł dłoń i pomachał Bruce’owi przed oczami swoim tandetnym plastikowym pierścionkiem zaręczynowym. Teraz zamiast fioletowego szkiełka było do niego przymocowane Purpurowe Serce Nocy. Gorącym klejem, jak zauważył Bruce z dreszczem zgrozy. – Bats jest mój, dopóki śmierć nas nie rozłączy, Brucie.
- Skoro tak mówisz.
Śnieg padał drobnymi płatkami, skrzącymi się w świetle lampek choinkowych. Noc była bezwietrzna i dzięki temu dość ciepła, mimo że temperatura pozostawała na minusie. Bruce patrzył na gigantyczną choinkę, pocierał plecy Jokera i prawie był w stanie uwierzyć, że to dla nich dwóch zupełnie normalna sytuacja.
- Głodny jestem – poinformował go po chwili milczenia Joker. – Nie masz przypadkiem czegoś słodkiego, Brucie? – Zaczął węszyć, jakby potrafił wyczuć cukier nosem. Może potrafił. Jego organizm był wystarczająco zwichrowany po kąpieli w kwasie.
Bruce wcisnął dłoń do kieszeni płaszcza.
- Zgarnąłem dla ciebie coś z przyjęcia – skłamał, wyjmując owinięty w lniany ręczniczek, nieco spłaszczony kawałek ciasta wiśniowego, który przytomnie podebrał z lodówki. Pomyślał, że dokarmianie Jokera wejdzie mu niedługo w nawyk.
Joker rozjaśnił się i rzucił się na ciasto jak wygłodniały zwierz.
- Jesteś taki przewidujący – powiedział, parskając okruszkami. – A taki niby byłeś zły, że do was strzelałem.
- Zrobiłem to, zanim na nas napadłeś.
- Kłamczuszek z ciebie, Brucie. Ale wybaczam ci. Kochasz mnie, prawda?
Pytanie padło tak nagle, że Bruce na chwilę przestał myśleć. Otworzył usta, po czym je zamknął. Odchrząknął. Joker spojrzał na niego podejrzliwie.
- Jejku, spokojnie, skarbeńku. Nie proszę cię przecież o rękę. Jestem już zajęty. – Znów pomachał pierścionkiem.
Bruce przełknął ślinę i zmusił się do uśmiechu. Joker jeszcze przez chwilę obserwował go zmrużonymi oczami, ale w końcu odwrócił wzrok.
- Temperatura gwałtownie opadła – powiedział.
- Nie – Bruce potrząsnął głową. – Przepraszam. Jestem tylko zmęczony.
- Domyślam się, że liczenie miliardów pieniędzy może być męczące – skinął Joker.
Bruce spojrzał na niego z ukosa.
- Myślisz, że tylko tym się zajmuję?
- I pływaniem w monetach. Widziałem w filmie, że tak robicie.
- To były Kacze opowieści.
- No i?
- Nic – Bruce wzruszył ramionami. – Dla niektórych to bardzo wiarygodne źródło informacji na temat bogaczy.
- No właśnie. Chociaż zawsze mi się wydawało, że taki skok skruszyłby ci kręgosłup.
Joker zawiercił się w poszukiwaniu wygodniejszej pozycji i Bruce nie zdołał powstrzymać syknięcia, gdy dostał przy tym cios w żebra.
- Coś ty taki delikatny – zirytował się Joker. – Jak Bats! Wcale go mocno nie biłem, a ciebie to już w ogóle!
- Ostrzelałeś mnie – przypomniał mu chłodno Bruce.
- Ślepakami! I nie ciebie konkretnie, przestań mnie o to oskarżać!
- Ślepaki też mogą człowieka zabić, idioto! Jeśli trafisz w nieodpowiednie miejsce.
- Raczej w odpowiednie – uśmiechnął się słodko Joker, zbyt zadowolony z siebie, by zareagować na „idiotę”. Przestał się jednak wiercić. – Mocno dostałeś? – zapytał fałszywie współczującym tonem. – Wy miliarderzy macie najdelikatniejszą skórkę, słowo daję. Mógłbym ostrzelać cię ziarnkami grochu i też byś pewnie narzekał. Jak w tej bajce o księżniczce ostrzelanej grochem.
- Jesteś niemożliwy. Długo zamierzasz mnie tu trzymać?
- To ty mnie trzymasz.
Bruce uświadomił sobie, jak mocno obejmował plecy Jokera. Praktycznie wciągał go na swoje kolana. Joker patrzył na niego z obrzydliwą satysfakcją w oczach i Bruce miał ochotę go walnąć. Zamiast tego go pocałował.
Nadal nie potrafił uwierzyć, że może to po prostu robić: całować Jokera, jakby to była najnormalniejsza rzecz w świecie. Oczywiście problem tkwił w tym, że nie była to pod żadnym względem normalna rzecz. Ani normalna, ani zdrowa, ani, przede wszystkim, uczciwa. Ale Bruce przestał już sobie wmawiać, że ma to dla niego jakieś znaczenie.
Joker wczepił palce w jego kołnierz i ochoczo odwzajemnił pocałunek. Wargi miał słodkie od wiśniowego nadzienia i gorzkie od chemikaliów, które zmieniły jego ciało, i miękkie, tak miękkie, nie miał prawa mieć tak miękkich warg, bo jego usta były bezlitosną bronią, wobec której Bruce był bezsilny, czy to kiedy drwiły z niego podczas walki, czy kiedy ściągały się ostrzegawczo, grożąc mu ostrymi zębami, czy gdy śpiewały Batmanowi miłosne serenady. Bruce ugryzł jego dolną wargę, żeby wyrazić swój sprzeciw wobec tego faktu, leciutko, tylko na tyle, by poczuć, jak łatwo ustępuje pod naciskiem jego zębów.
Dłonie Bruce’a powędrowały w górę po plecach Jokera. Na moment zatrzymał je na jego szyi i wyczuł, jak puls gwałtownie przyśpiesza pod jego kciukiem, w miejscu, które wciąż było lekko sine od jego chwytu sprzed kilku godzin. Kusiło go, by zacisnąć palce, ale nie, dzisiaj nie miał ochoty na przemoc ani bierne poddawanie się zachciankom klauna. Przesunął dłonie po jego szczęce i zimnych, zaróżowionych od mrozu policzkach, zerwał czapkę z jego głowy i zanurzył palce w falujących włosach. Joker zamruczał z aprobatą. Zsunął nogi na ziemię, po czym wgramolił się na kolana Bruce’a, ani na chwilę nie przerywając pocałunku. Udało mu się nie kopnąć go przy tym w żebra, ale gdy rozsiadł się i zacisnął kolana wokół jego bioder, Bruce znów zasyczał z bólu.
- Sza, kochanie – wymamrotał Joker w jego usta. Jego oddech był szybki i gorący, parował w nocnym powietrzu. – Nie potłukę cię przecież.
Było coś tak erotycznego w tym szepcie, że Bruce zapomniał o bólu i bez słowa objął Jokera mocniej. Zamknął oczy. Joker poruszał się na nim leniwie, powoli; zdawało się, że robił to raczej dlatego, że nie znosił trwania w bezruchu, niż po to, by wzbudzić w Brusie reakcję. Bruce’owi to wystarczało i Jokerowi najwyraźniej też. Mimo wszystko było za zimno na cokolwiek więcej.
No i znajdowali się w miejscu publicznym.
Zegar na kościelnej wieży zaczął wybijać czwartą nad ranem. Joker westchnął i oderwał usta od Bruce’a. Przeciągnął jeszcze językiem po jego górnej wardze i przygryzł ją lekko.
- Moglibyśmy pójść do ciebie – szepnął. – Zainscenizować coś świątecznego. Mógłbyś wpuścić mnie do swojego komina na przykład, ho ho ho. Byłem wystarczająco grzeczny, żeby na to zasłużyć. Użyłem ślepaków i w ogóle.
Bruce zsunął dłonie na jego wąską talię.
- Jakkolwiek kusząco by to nie brzmiało – odparł z westchnieniem. – Jestem dziś za bardzo obolały na takie zabawy.
- Och, ale ból jest przecież ich najlepszą częścią – wyszczerzył się Joker, przechylając głowę na bok. Jednak już zaraz kiwnął nią z dziwnym jak na niego zrozumieniem. – No tak. Czasem zapominam, że normalni ludzie nie przepadają za bólem. Nie to co Bats czy Harley.
Bruce skrzywił się lekko. „Normalny człowiek” nie brzmiało w ustach Jokera zbyt pochlebnie. Nie chciał kończyć tej chwili na tak zgrzytliwej nucie, więc jeszcze raz wsunął dłoń we włosy klauna i przyciągnął do siebie jego usta. Tym razem ugryzł go mocniej, aż krew pociekła z dolnej wargi i Joker wydał zduszony, ale szczęśliwy jęk. Bruce wessał ten dźwięk razem ze słodko-metalicznym smakiem i odsunął głowę.
- Innym razem – obiecał. Joker patrzył na niego ogromnymi, pełnymi podekscytowania oczami. – Kiedy będę miał siłę, żeby ci go oddać.
- Mówisz takie słodkie rzeczy, Bru-Bru – uśmiechnął się szeroko Joker. Sprawiał wrażenie usatysfakcjonowanego. – Trzymam cię za słowo.
Bruce pocałował go raz jeszcze, po czym Joker zszedł z niego i podniósł swoją czapkę, która zsunęła się w śnieżną zaspę przy ławeczce. Otrzepał ją i nałożył na głowę, naciągając głęboko na uszy.
- No to do następnego, skarbie.
Bruce zamrugał.
- Już idziesz?
- Jestem diabelnie głodny – Joker wzruszył ramionami. – I jest mi zimno. Dam ci znać, jak będę cię do czegoś potrzebował.
- Do usług – mruknął Bruce. Nie wiedział, dlaczego był rozczarowany. Mógł się tego spodziewać.
Joker zacmokał zniecierpliwiony, ale jego oczy błyszczały rozbawieniem.
- Uszy do góry, Brucie. Jestem pewien, że będę cię potrzebował raczej wcześniej niż później. Zdrowiej szybciutko. I wesołych świąt.
Bruce podniósł się ostrożnie, przytrzymując się za żebra. Joker patrzył na niego uważnie, a gdy Bruce rozłożył ramiona, zaśmiał się radośnie i padł w nie, nie zważając na bolesne sapnięcie, które wyrwało się Bruce’owi z płuc.
- Strasznie jesteś dzisiaj przytulaśny – wymruczał. – Chyba zaczyna mi się to podobać.
Poklepał Bruce’a po męsku po plecach, po czym wyplątał się zwinnie z jego ramion i odszedł, przeskakując przez co większe zaspy śniegu.
Bruce odprowadzał go wzrokiem, póki Joker nie zniknął za zakrętem. Wtedy westchnął, przeciągnął palcami po zaśnieżonych włosach i wrócił do samochodu.
