Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Series:
Part 5 of O Święci Patroni...
Stats:
Published:
2016-04-16
Completed:
2016-04-16
Words:
9,840
Chapters:
10/10
Kudos:
5
Hits:
166

Deuteronomium

Chapter 1: Ja Śpię, Lecz Serce Me Czuwa

Chapter Text

Nie było na tym świecie nic piękniejszego nad poranki w Steelport. Słoneczko łagodnie prześwitywało przez gałęzie cicho szumiących drzew, ptaszki wesolutko ćwierkały, a na zewnątrz można było usłyszeć ciche śmiechy zadowolonych ze swojego życia mieszkańców. Mruczący sobie pod nosem skoczną melodię Szef skończył wiązać krawat, przeciągnął się rozkosznie i uśmiechnął się sam do siebie, ciesząc się tym jakże błogim spokojem. To właśnie w takie chwile jak ta uświadamiał sobie, że życie jednak naprawdę potrafi być nieskończenie piękne…

– Kochanie! – Usłyszał z dołu wołanie Kowboja: – Jedzonko gotowe!

– Już idę, najdroższy! – zawołał, wychodząc z sypialni. – Nie zaczynaj beze mnie!

Raźnym krokiem przemaszerował przez udekorowany pamiątkowymi zdjęciami korytarz i zjechał po poręczy schodów na parter, starając się tam naturalnie dotrzeć w jednym kawałku. Ileż by to było ambarasu, gdyby nabił sobie po drodze guza! Nigdy nie lubił martwić swego najdroższego męża, zwłaszcza z tak błahych powodów, dlatego musiał naprawdę na siebie uważać.

– Witaj, skarbie. – Rudy uśmiechnął się szeroko na jego widok i zgasił palnik pod patelnią: – Zrobiłem twoje ulubione śniadanie.

– Pachnie pysznościowo! – Z pomrukiem zadowolenia pocałował ukochanego w policzek, po czym zasiadł do stołu: – Już pałaszuję.

– Och, byłbym zapomniał! – Jego lepsza połowa wróciła do pichcenia czegoś: – Pan King z naprzeciwka wyjeżdża na parę tygodni z miasta i pytał, czy byłbyś tak miły i odbierał jego pocztę?

– Ależ oczywiście! – Sięgnął po syrop klonowy i masło: – Wpadnę do niego po lunchu, żeby mu powiedzieć.

– A, twój przyjaciel Pierce dzwonił. Na pewno znowu wymyślił jakiś sposób na wzbogacenie się. Ach ten Pierce! Co za oryginał. Wpadł też jakiś Dex, ale kazałem mu sobie iść, bo go nie znam. – Kowboj wyjrzał przez okno wychodzące na ścieżkę przed ich domkiem: – Wydaje mi się, że Timmy już dostarczył gazetę. Mógłbyś ją przynieść, kochanie?

– Ależ oczywiście, słońce. – Poderwał się od stołu i ruszył w stronę drzwi, obowiązkowo zgarniając po drodze całusa od swojej lepszej połowy.

Ach! Nie było nic przyjemniejszego niż poranne promienie słońca na twarzy i lekki wietrzyk we włosach. Steelport zaiste było prawdziwym rajem na ziemi i nie potrafił sobie wyobrazić nic, co mogłoby być od niego lepszego. Bo czyż można chcieć czegoś więcej niż maleńki domek na przedmieściach dzielony ze swym najwspanialszym na świcie mężem? Cóż, jemu na pewno nic nie przychodziło do głowy.

– Uszanowanko! – powitał go jadący na rowerze Angel.

– Ależ witam, witam! – Pomachał mu, po czym schylił się po gazetę.

Z pewnym roztargnieniem zerknął na pierwszą stronę, ciekaw, co też takiego mogło się na tym pięknym świecie wydarzyć i mocno się zdziwił, widząc, że zamiast grubego pliku pachnących farbą drukarską stron, trzyma w ręku tylko pojedynczą kartkę. Z pewnym zaciekaniem obrócił ją, zastanawiając się, cóż to za niecodzienny dowcip i aż go wmurowało w ziemię, gdy ujrzał nabazgrane tam koślawymi literami zdanie:

Jak mogłeś pozwolić by Johnny umarł?

– Doktorze, budzi się! – Usłyszał za swoimi plecami obcy głos jakiejś lekko spanikowanej kobiety: – Trzeba wezwać strażników.

Powoli obrócił się, mając nadzieję zobaczyć tajemniczą nieznajomą, jednak nie ujrzał nikogo. Co gorsza, zniknął gdzieś również jego dom oraz reszta osiedla, zaś w ich miejscu ziała dziwna, lekko pulsująca czerń.

– Co się…?

Nim skończył pytanie, poczuł jak nagły, niezwykle bolesny skurcz zgina całe jego ciało, a on sam pada bezwładnie na ziemię. Gdy po dłuższej chwili ponownie udało mu się otworzyć oczy, znajdował się w dość niecodziennym miejscu – po jego prawej i lewej stronie znajdowały się zielone parawany podobne do tych, które widywał w szpitalach, zaś nad nim wisiała lekko mrugająca jarzeniówka, która z trudem oświetlała sylwetki dwóch mężczyzn w mundurach więziennych strażników oraz jedną pielęgniarkę w różowawym fartuchu.

– Wygląda nieźle jak na kogoś, kto spał tyle czasu. – Jeden z wartowników zmarszczył nos i lekko się nad nim pochylił: – Ile to już lat?

– Przeszło pół wieku – odparła siostra, notując coś w swoich papierach.

– Co?! – wychrypiał Boss. – CO?!

Gwałtownie podniósł rękę, żeby udusić tych fajansiarzy, jednak aż zamarł na widok swojej kończyny. Dawniej umięśnione, pokryte tatuażami ramię teraz było o wiele cieńsze i bledsze niż dawnej, sprężysta skóra stała się obwisła i spływała smętnie po grubych wałach biegnących pod jej powierzchnią żył. Ciemne plamy upstrzyły jego dłoń i przedramię zaś pożółkłe paznokcie rozwarstwiały się na samych końcach, upodabniając jego palce do szponów drapieżnego ptaka.

– Co to… – Rozejrzał się dookoła, szukając jakiegokolwiek ratunku, jednak chyba nikogo poza nim i tą trójką nie było w pokoju: – Kowboj!

– Kogo on woła? – Zdziwił się jeden ze klawiszy, drapiąc się z zakłopotaniem po głowie.

– Mojego męża! – warknął, starając się zsunąć z łóżka, jednak drugi strażnik przytrzymał go w miejscu. – Puszczaj mnie!

– Proszę pana, pan nie ma męża. – Pielęgniarka delikatnie położyła mu dłoń na ramieniu: – O kimkolwiek pan mówi, tylko się panu przyśnił.

– … Nie. – Nie, to nie mogła być prawda: – Nie, nie, nie… Nienienienienie… KOWBOJ!

– Jestem tutaj.

Ponownie otworzył oczy. Ponownie otaczały go ciemności, jednak tym razem nie wynikały one z absolutnego braku wszelkiego istnienia. W nocnym, chłodnym półmroku nocy dostrzegał dookoła siebie zarysy mebli, ścian, zasłon i innych gratów, ale były one zupełnie inne od tych, które zapamiętał z idyllicznego domku oraz więziennego szpitala. On sam również dalej istniał, jednak tym razem na całe szczęście rozpoznawał osobę, która się nad nim pochylała – nawet bez zapalonych lamp był w stanie rozpoznać te piękne, zielone oczy, których spojrzenie bez najmniejszego trudu przeszywało jego jestestwo na wylot, sprawiając, że jego dusza wreszcie była w stanie zakotwiczyć w otaczającym ich świecie i zacząć go o wiele wyraźniej odbierać.

– Kowboj… – Jego głos się dziwnie załamał pod naporem strachu oraz powoli nadchodzącej ulgi: – Kowboj…

To była jawa. Ani tamten perfekcyjny sen, ani przerażający koszmar nie były prawdziwe – to zaledwie obrazy powstałe na dnie jego zmęczonego umysłu, który raz na jakiś czas musiał się katować tymi wątpliwościami. Tak długo jak w nich trwał, był głęboko przeświadczony o ich prawdziwości, niezależnie od tego, czy w swym miłosierdziu pozwalały mu na spotkanie miłości jego życia, czy też pozbawiały go prawa do podobnego szczęścia. Jednak kiedy wreszcie się budził, wiedział, że tamte inne światy były tylko snami. To ten mężczyzna był prawdziwy, to jego dotyk, uśmiech, spojrzenie oraz ciepło były rzeczywiste.

Ale czy na pewno…?

– Jestem tutaj. – Rudowłosy gangster mocniej go do siebie przytulił, gorącym pocałunkiem znacząc mu rozpalone czoło: – Jestem.

Być może nie miał postaw mu wierzyć, ale i tak to czynił. Istniała pewna szansa, że tak naprawdę nigdy się nie obudził ze śpiączki i mu się to wszystko tylko śni, ale jeśli miał już przyjmować coś na wiarę, wolał słowa tego człowieka od swoich wątpliwości. Być może w ten sposób tylko się oszukiwał, tonąc w kolejnej imaginacji, ale zawsze było to lepsze niż chaos i przerażenie, które tak uparcie usiłowały go rozszarpać na strzępy i pochłonąć.

† † †

Mimo wieloletniej i nawet błyskotliwej kariery najemnika, Kowboj tak naprawdę bardzo rzadko pałał szczerą, niczym nie skrępowaną żądzą mordu. Z jego punktu widzenia zabijanie zawsze było wyłącznie czystym biznesem, w związku z czym przy żadnym kontrakcie nie rozważał aspektów moralnych czy emocjonalnych całego przedsięwzięcia. Postrzegał je zwykle jako wymianę – jemu dawano pieniądze, zaś on w zamian dostarczał pocisk, którego miejscem docelowym zwykle było wnętrze czyjejś czaszki. Tylko tyle. Zero wyrzutów sumienia, wątpliwości, czy rozważań, jedynie chłodne opanowanie człowieka, któremu pozbawienie kogoś życia przychodziło z taką samą łatwością, co oddychanie. Jednakże za każdym razem, gdy zlany zimnym potem Szef się budził w środku nocy z bezgranicznym przerażeniem odmalowanym na swej wytatuowanej twarzy oraz bezgranicznym obłędem w oczach, jedyne, czego Major tak naprawdę pragnął, to zabić skurwysyna, który za to wszystko odpowiadał.

Po raz kolejny.

Tylko niebo zapłakało nad Juliusem Littlem. Ani stojący nad coraz bardziej bezwładnym ciałem Boss, ani już tym bardziej towarzyszący mu w milczeniu zastępca nie żałowali tego człowieka w najmniejszym bodaj stopniu. Owszem, nieszczęśnik chciał naprawdę dobrze – oczyszczenie Saints Row oraz całego miasta z tych szumowin było zaiste szczytnym celem, jednak obrana przezeń metoda z samego swego założenia była błędna. Nie można zwalczyć bestii, spuszczając na nią z łańcucha inną, to się nigdy nie udawało. W takich wypadkach walka zawsze stawała się coraz bardziej i bardziej brutalna, zaś zwycięska strona stawała się jeszcze gorszym potworem niż ten, którego usiłowało się zgładzić. Bo tym właśnie dla Juliusa był Kierownik – półdzikim brytanem, który miał zagryźć Los Carnales, Vice Kings i Westside Rollerz, monstrum, którego okrucieństwo oraz zajadłość odpowiadały tym, jakie reprezentowały jego przyszłe ofiary. Gdy jednak wojna się skończyła, okazało się, że raz oswobodzona abominacja nie ma ochoty ponownie dać sobie założyć obroży oraz posłusznie wrócić do wyznaczonej jej klatki, co niespecjalnie się Little'owi spodobało. Gdy zorientował się, jak ogromny błąd popełnił werbując go, założyciel Świętych popełnił kolejny i zamiast odesłać Szefa w niebyt, jedynie zahartował jego wolę. Tak, to prawda, z płomieni i popiołu podniósł się nie człowiek, a szaleniec o umyśle przypominającym roztrzaskane zwierciadło, jednak teraz był on o wiele bardziej niebezpieczny niż onegdaj – człowiek, którego pozbawi się wszystkiego, nie ma już nic do stracenia. Boss działał niczym wściekły pies, który gryzł, kąsał i mordował niczym ucieleśnienie furii, jakiej spora część była zogniskowana na osobie, która stała się przyczyną jego obłędu. Julius nie miał prawa przeżyć spotkania z nim, bowiem nawet jeśli Kierownik by go nie rozszarpał na strzępy, bez wątpienia uczyniłby to Major.

Nabuzowany wściekłością gangster jeszcze przez chwilę wpatrywał się w ciało swego dawnego patrona i przyjaciela, po czym wreszcie schował broń i obrócił się ku swemu towarzyszowi. Mimo szczerych nadziei Rudego, nie ujrzał on w tych nieskończenie pięknych oczach ulgi czy spokoju, jedynie dojmujące zmęczenie. Niestety, wbrew pozorom zemsta rzadko dawała to, czego się od niej oczekiwało. Nawet jeśli następował ten tak upragniony moment przepełniony tryumfem i satysfakcją, wyparowywał on dosłownie w mgnieniu oka, nieuchronnie pozostawiając po sobie jedynie pustkę oraz gorycz. Tak stało się również i tym razem, niestety – to, co miało być zapłatą za przejście przez wszystkie kręgi piekielne, nie dało zwichrowanej duszy Szefa żadnego ukojenia.

On nie żyje. – Ból niemalże wysycał to ciche stwierdzenie: – Prawda?

Tak.

I to się stało naprawdę? – Boss popatrzył na niego błagalnie: – Już jestem wolny?

Bardzo chciał powiedzieć coś, co utwierdziłoby ich umiłowanego wodza w przekonaniu, że od tej chwili już wszystko będzie dobrze, a on sam uwolni się od dręczących go wątpliwości i koszmarów. Że już zawsze będzie miał pewność, iż to, co przeżywa, jest w stu procentach realne i w najmniejszym nawet stopniu nie jest wymysłem jego otumanionej zaburzeniami świadomości duszy. Niestety, na nieszczęście ich obu, Kowboj kochał go za bardzo, by móc go okłamać.

Obawiam się, że nigdy się od tego nie uwolnisz. – Objął go łagodnie ramieniem, tuląc go tym samym do swej piersi i przynajmniej spróbował zignorować gorące łzy rozpływające się w zimnych kroplach deszczu.

Owe słowa okazały się być prorocze, niestety. Raz na jakiś czas, niezależnie od tego jak bardzo się starał, by to tego mimo wszystko nie dopuścić, Kierownik budził się w środku naprężony jak mająca się zerwać struna, z rozdzierającym okrzykiem na ustach oraz wzrokiem, który potrafiłby poruszyć nawet nieczułe kamienie. Wciąż śnił, że wszystko, co miało miejsce po wypadku na łodzi, było tylko ułudą, zaś on sam dalej jest pogrążony w śpiączce, z której nigdy się już nie wybudzi. Każdy taki wypadek dosłownie łamał Majorowi serce, jednak nic nie mógł na to wszystko poradzić – nie było na tym świecie żadnej cudownej metody, która byłaby zdolna uleczyć tak okaleczony umysł. Tylko czas, cierpliwość oraz miłość mogły dokonać tej sztuki.

A przynajmniej taką pozostawało mieć nadzieję.