Actions

Work Header

Krytyczna Masa Kota

Summary:

Życie w cywilu może być trudne dla każdego weterana – szczególnie dla pewnego byłego snajpera z cybernetycznym ramieniem, motocyklem marki Harley-Davidson i przyjaciółmi którzy starają się mu ’pomóc’. Kiedy Sam Wilson z Biura Weteranów wysyła go by wynajął pokój u najprzystojniejszego faceta w całej okolicy, Bucky stwierdza że życie w cywilu może być ciekawe. A potem dowiaduje się, że Kapitan Rogers jest jego totalnym przeciwieństwem: prawdziwym, odznaczonym Medalem Honoru, bohaterem i naprawdę miłym facetem. Bucky w życiu nie miałby u niego szans.

Sam Wilson bardzo pomógł Steve’owi Rogersowi po zakończeniu kariery wojskowej. W ramach rewanżu Steve postanawia wynająć pokój w suterenie jakiemuś potrzebującemu weteranowi. Ale kiedy na jego progu staje Sierżant Barnes zaczynają się kłopoty. Sypiący jak z rękawa podtekstami seksualnymi Barnes jest dokładnie tym czego Steve nawet nie wiedział że potrzebuje. Jest także jego lokatorem.

Romans w dwunastu rozdziałach zawierający: dwa motocykle marki Harley-Davidson, anioła stróża, dwóch snajperów, jedyną kobietę której obawiają się tak mocno by porządnie się zachowywać, kocięta i jedną bojowo nastawioną owcę.

Notes:

Chapter 1: Rozdział 1

Chapter Text

Otrzymanie renty wojskowej, oraz zasiłku dla niepełnosprawnych, graniczy w Waszyngtonie z cudem. Na szczęście Sierżant Barnes ma anioła stróża w osobie Majora Sama Wilsona z Biura Weteranów a Major Sam Wilson ma plan. Jak się okazuje Sam Wilson zawsze ma plan. Bucky jest mu dozgonnie wdzięczny. Ponieważ od roku 2001 nie wiódł życia w cywilu, a w ciągu dekady od swojej ostatniej wizyty w Stanach nie musiał szukać mieszkania dłużej niż trzy miesiące. Odkąd dowiedziało się o nim CIA prowadził życie łamiące właściwie wszystkie zasady i przyzwyczaił się do życia w ukryciu.

Teraz, kiedy wrócił na dobre, nie ma pojęcia jak znaleźć mieszkanie poza bazą ani co zrobić ze wszystkimi papierami które nagromadziły się odkąd zakończył ostatnią misję połamany i zakrwawiony.

Sam przeprowadza go przez czystą torturę jaką są badania lekarskie w Biurze Weteranów, jak gdyby pracujący tam ludzie nie zauważyli jego brakującego ramienia, a kiedy okazuje się że uszkodzenie stawu barkowego sprawia że normalne protezy nie działają udaje mu się zgłosić Bucky’ego do programu badań medycznych w Johns Hopkins. Proteza którą tam dostaje jest podłączona do jego kręgosłupa i mózgu w sposób o jakim nie chce myśleć ale nie jest zwykłą protezą. Bucky ma w niej czucie dzięki wbudowanym obwodom informacji zwrotnej oraz całkiem niezłą kontrolę motoryczną.

Któregoś dnia przy kawie Sam sugeruje, że powinien zająć się haftowaniem dla usprawnienia zdolności manualnych. Bucky zmusza go więc do zapłacenia za następną kawę.

Sam wciąga Bucky’ego na forum internetowe dla weteranów poszukujących mieszkania co okazuje się być największą przysługą, większą nawet od nowej protezy, ponieważ kiedy Biuro Weterana przyznaje mu zasiłek, równający się ośmiu miesiącom zaległego żołdu, Sam przysyła mu e-mail z linkiem do pewnego wątku na forum. Tematem ogłoszenia jest pokój w suterenie domu na przedmieściach Waszyngtonu. Jest całkiem standardowe: dla niepalących, żadnych par, imprez, zwierząt czy przedłużających pobyt gości. Na szczęście krąg towarzyski Bucky’ego zamyka się na Clincie Bartonie, dawnym współpracowniku z pola bitwy, i jego dziewczynie Nataszy. Poza nimi, jedynym brzydkim nawykiem Bucky’ego jest przyjmowanie zakładów na strzelnicy od facetów którzy nie mogą uwierzyć w to że dobrze wyszkolony snajper potrafi przedziurawić ścianę stodoły nawet jeśli ma tylko jedno „prawdziwe” ramię.

Cóż, jest jeszcze drugi brzydki nawyk. Po powrocie do Stanów Bucky poprosił swoją siostrę Rebeccę o to by wydostała z przechowalni jego motocykl, upewniła się, że nadaje się do jazdy i przesłała mu go do Waszyngtonu. Teraz, używając smartfona przyczepionego do baku zamiast odbiornika GPS Bucky wyjeżdża z tymczasowego lokum w koszarach i rusza w drogę w piękny październikowy dzień. Jego proteza zakryta jest rękawicą i rękawem skórzanej kurtki, tak że jego gospodarz, Kapitan Rogers, (na emeryturze) nie powinien nawet zauważyć jego mechanicznego ramienia.

Droga zajmuje mu trzydzieści minut, bez korków, co oznacza, że poranki mogą okazać się nie do zniesienia, ale Bucky ma nadzieję, że uda mu się przesunąć zajęcia rehabilitacyjne na wczesne popołudnie. W zasadzie ich nie potrzebuje ale jego terapeutka, i recepcjonistka, są niezwykle seksowne a Bucky ma nadzieję, że być może któraś z nich uzna go za interesującego. Zastanawia się, czy Kapitan Rogers będzie miał mu za złe jeśli od czasu do czasu przyprowadzi do domu towarzystwo. Bucky już zdecydowanie za długo jest sam.

Dom jest stary i wąski z, na oko pięćdziesięcioletnim, drzewem rosnącym na podwórku na tyłach. Trawa jest nieco przydechła ale nigdzie nie widać ani jednego liścia. Bucky zaczyna nawet czuć niepokój z powodu tego jak w jak nieskazitelnym stanie jest ten dom.

A potem zauważa Harley’a. To najnowszy model Softail Breakout w pięknym odcieniu ciemnego granatu. Parkuje na podjeździe obok drugiego motocykla nieco zazdrosny z powodu tego, że jego stary Harley znalazł sobie towarzystwo szybciej niż on sam. Przez chwilę sam ma ochotę pogłaskać błyszczący motocykl ale w porę się opanowuje. W pewnym sensie. A jeśli zanadto się zbliża by przyjrzeć się robionym na specjalne zamówienie uchwytom i szwom na siodełku…czy można go za to winić?

Kamienna ścieżka prowadzi go na werandę gdzie Bucky ze zdumieniem zauważa huśtawkę. Kto w tych czasach instaluje huśtawki na werandach? Ta, chociaż jest na pewno bardzo stara, wisi na nowym łańcuchu a Bucky podejrzewa, że czeka ją także malowanie ponieważ drewno zostało świeżo oheblowane w kilku miejscach.

Ponieważ nigdzie nie widać dzwonka, Bucky otwiera siatkowe zewnętrzne drzwi i puka. Drzwi otwiera mu najprzystojniejszy facet jakiego Bucky widział od co najmniej dziesięciu lat.

To nie może być (emerytowany) Kapitan Rogers. Nikt o takim wyglądzie nie przechodzi na emeryturę, chyba że ma zamiar zostać profesjonalnym modelem strojów kąpielowych, czy coś w tym stylu. Facet jest ubrany w poplamione farbą niebieskie dżinsy oraz biały t-shirt ze smugami beżowej farby na ramionach. To nie jest zamierzone ponieważ farba pasuje odcieniem do tej na jego włosach i dłoniach. Ma też na sobie robocze buty zakurzone drobinami tynku.

– Uh… – Mówi Bucky gapiąc się na niego przez całe dwie sekundy, tyle ile zajęłoby mu zabicie kogoś z odległości jednej mili.

Cudownie Barnes, myśli siląc się na swój najbardziej uroczy uśmiech. Mowy nie ma by ten facet był gejem, biseksualistą lub w ogóle zainteresował się kimś takim jak Bucky, ale spróbować można. W najgorszym razie facet po prostu mu przywali a Bucky odda i na tym się skończy.

– Cześć. Czy zastałem Kapitana Rogersa?

~~~

Steve nie oczekiwał że jego ogłoszenie o „mieszkaniu” w suterenie tak szybko znajdzie odzew ale w ogóle nie spodziewał się, że na jego progu pojawi się ktoś przypominający ubranego w skórzaną kurtkę żigolaka o długich rzęsach i zmysłowych ustach. Ani że ten ktoś przyjedzie tu na klasycznym Harley’u. To oznacza same kłopoty. A Steve otworzył mu drzwi brudny po wykonanym w ostatniej chwili remoncie. Cudownie.

– Kapitan Rogers to ja. – Steve jakimś cudem odnajduje swoje maniery mimo szoku spowodowanego takim widokiem i wyciąga rękę dopiero po chwili uzmysławiając sobie że jest ubrudzona farbą. – Och, przepraszam. Farba jest sucha. – Mówi podczas kiedy Pięknooki zdejmuje rękawicę z prawej dłoni. – Rozumiem, że pan jest Sierżantem Barnesem? – Steve stara się ukryć zdziwienie.

– Taa… – Barnes przechyla głowę obejmując palcami dłoń Steve’a. Jego silna dłoń jest ciepła od rękawicy a krótko przycięte paznokcie kontrastują z opadającymi mu na twarz, uwolnionymi spod kasku, włosami. Sądząc po ich długości, musiał skończyć służbę jakiś czas temu. Potem uśmiecha się a jego niebieskie oczy rozbłyskują. Uwaga, niebezpieczeństwo. – Przepraszam, że przyjechałem bez uprzedzenia ale w tej chwili mieszkam w chu…strasznej dziurze obok Biura Weteranów i muszę się stamtąd wydostać.

– Musi być naprawdę kiepsko skoro jest pan tak zainteresowany mieszkaniem w suterenie. – Steve cofa się by wpuścić Barnesa. – To znaczy, może nie jest ono kiepskie, ale jest dosyć ciemne. Lepiej nie dawać facetowi nadziei tylko dlatego, że Steve nie może przestać myśleć o tak przystojnym współlokatorze. Najemcy. Kimś w tym stylu.

– Przez ostatnie dwa i pół roku nie brałem przepustek i sspałem na kamieniach na pustyni, Cap. – Odpowiada Barnes wzruszając ramionami. Rozpina kurtkę eksponując wypłowiały t-shirt z łuszczącym się logo zespołu Metallica. Tkanina jest tak cienka, że Steve niemal widzi znajdującą się pod nią skórę. Nie zdejmuje lewej rękawicy co jest nieco dziwne. – Zwykle w pełnym rynsztunku. – Dodaje. A jego długie rzęsy opadają kiedy przygląda się Steve’owi. Pewnie stara się być subtelny ale wcale mu to nie wychodzi.

– Proszę mówić mi Steve. Chociaż ’Cap’ było moim przezwiskiem w trakcie służby.

– Nie chciałbyś żebym zwracał się do Ciebie per „pan”? – Pyta przebiegle Barnes przechodząc obok Steve’a i rozglądając się dookoła. Mimo bardzo wyraźnego podtekstu Steve zauważa spojrzenie Barnesa omiatające wnętrze. Drzwi. Okna. Schody. Schowek pod schodami. Nadal był w pełnej gotowości bojowej.

– To niepotrzebne, żołnierzu. A otoczenie jest bezpieczne, jeśli to Cię interesuje. – Barnes odwraca się do niego a w jego niebieskich oczach pojawia się zrozumienie. A nawet wdzięczność. – Nie jestem pewien jak szczegółowy był post na forum. Wspominano tam o tym, że parter stanowi wspólną własność?

Barnes mruczy wymijająco. Salon jest umeblowany bez żadnego widocznego schematu. Steve zawsze przedkładał wygodę ponad dobrane kolorystycznie tkaniny i drogi sprzęt elektroniczny. Odzianemu w dżins ostremu Barnesowi, nie wydaje się to przeszkadzać.

Steve przechodzi na tyły domu dając mu znać by poszedł za nim. Mimo ciężkich butów Barnes chodzi lekko. Steve ledwie słyszy szelest skóry oraz dżinsu kiedy przechodzą przez pokój. Czym tak właściwie Barnes zajmował się w armii?

–Salon i kuchnia są wspólne. Z tyłu domu jest pralnia. – Oznajmia Steve wskazując sień na tyłach kuchni. – Moja sypialnia jest na górze, Twoja na dole. Każdy z nas ma swoją łazienkę. – Steve otwiera drzwi do sutereny. – Ty pierwszy.

Schodząc w dół Barnes wciąga powietrze.

–Nie musiałeś jej przemalowywać tylko z mojego względu. – mówi patrząc przez ramię i przeskakując co drugi stopień. Jeden kącik ust unosi się w uśmiechu kiedy dodaje, – Cap. – Steve nigdy nie słyszał by jego nieformalne przezwisko brzmiało tak zbereźnie.

Nigdy też nie miał tak dobrego widoku z tyłu kiedy przebywał ciągle z żołnierzami.

– Ach…to malowanie, a nie remont. W zeszłym tygodniu skończyłem wykańczać ściany, łazienka nie jest do końca wykończona.

– Ach, więc jestem Twoim pierwszym? – Mówi Barnes i chociaż brzmi to niewinnie Steve nie daje się zwieść. – Najemcą? – Wyjaśnia Barnes a jego niebieskie oczy błyszczą.

Steve’owi udaje się zachować twarz chociaż przez chwilę ma ochotę nakrzyczeć na Barnesa z powodu jego niesubordynacji. Od dawna nie czuł tak silnego instynktu wojskowego i nie jest pewien czy jest z tego zadowolony. Czuje jednak rumieniec na swojej twarzy i szyi.

Jesteś profesjonalistą, Rogers.

– Najemcą, tak. Kiedyś mieszkał ze mną kumpel, ale postanowiłem urządzić tu na dole oddzielne mieszkanie.

Docierają do podnóża schodów i Steve prowadzi Barnesa nieskazitelnym, kującym w nos zapachem świeżej farby, korytarzem do drzwi kawalerki. Jest długa na całą długość domu ale szeroka na połowę. Steve trochę bardziej przyłożył się do jej umeblowania, wykładając całą podłogę neutralną, beżową wykładziną, ustawiając podwójne łóżko nie daleko drzwi do łazienki oraz biurko po drugiej stronie pokoju. Jest tam także kanapa i dosyć nowy telewizor. Wszystkie meble są odsunięte od ścian a na suficie widać jeszcze resztki taśmy malarskiej.

Steve miał zamiar zakryć gołe ściany swoimi lepszymi szkicami ale malowanie zajęło mu więcej czasu niż początkowo zakładał. Teraz się z tego cieszy. Barnes nie wygląda na kogoś komu podobałyby się krajobrazy.

Nie żeby był mocno wymagający. Przechodzi przez pokój, zagląda do łazienki a potem podchodzi do łóżka i sprawdza ręką miękkość materaca umyślnie wpatrując się przy tym w Steve’a.

– Wygląda całkiem nieźle. – mówi a na jego twarzy pojawia się ten sam powolny i oszałamiający uśmiech. – Ile chcesz?

Przez chwilę Steve nie wie co powiedzieć. Dopiero po trzech sekundach dociera do niego, że Barnesowi chodzi o pieniądze. W jego umyśle pojawia się lista.

– Ach. Pierwszy i ostatni miesiąc z góry. Plus kaucja? – Mówi ryzykownie Steve.

Barnes sięga do wewnętrznej kieszeni kurtki lewą dłonią nadal zakrytą rękawicą. Podchodząc do Steve’a niedbale otwiera portfel i zaczyna odliczać studolarówki.

– Czy powinienem coś podpisać? – pyta podając Steve’owi mniej więcej połowę gotówki którą ma przy sobie.

I chociaż kurtka nie otwiera się zbyt daleko Steve zauważa, że pieniądze nie są wszystkim co ma przy sobie. Czarna cywilna kabura kryjąca małego Glocka albo SIGa.

Steve nie jest przygotowany na załatwienie tej sprawy od ręki. Nie był nawet przygotowany do pokazania pokoju. Ściany są jeszcze mokre. A połączenie broni z taką ilością gotówki go zaskakuje. Kim jest ten facet? Męską dziwką, dilerem narkotyków, płatnym zabójcą? Steve stara się go przejrzeć ale widzi jedynie wielki znak zapytania. Nie planował spisywać formalnej umowy, ale wygląda na to, że umowa na piśmie jest świetnym pomysłem. Albo raczej wymówką.

– Tak. Przepraszam, nie zdążyłem jeszcze wydrukować umowy najmu ani zaświadczenia o niekaralności. Byłem zajęty przywracaniem tego miejsca do porządku. – Steve sili się na zawstydzony uśmiech. – Jeżeli podasz mi swój adres…wyślę Ci je?

Światło w oczach Barnesa gaśnie a Steve czuje się jakby właśnie kopnął szczeniaczka. Potem jego twarz zmienia się w neutralnie chłodną maskę grzeczności. Barnes chowa gotówkę do portfela, i wymienia go na telefon. Zamiast trzymać go w palcach i pisać obydwoma kciukami trzyma go lewą ręką i pisze prawą.

– Mogę wysłać je na Twój e-mail. Ten sam który podałeś na forum? – proponuje, odpowiednio przyjacielskim tonem bez cienia ciekawości.

– Hm…tak. – Steve patrzy na to jak Barnes naciska ekran telefonu palcami prawej ręki i czuje się jak drań. Ale tak naprawdę nie zna tego faceta. To, że Barnes jest żołnierzem nie oznacza że można mu ufać. Przynajmniej jeszcze nie.

Barnes unosi telefon i pokazuje Steve’owi ekran telefonu dla potwierdzenia, że jego adres e-mail jest nadal aktualny a światło telefonu pokazuje coś srebrnego na jego lewym nadgarstku pomiędzy mankietem kurtki a rękawicą. Steve unosi brwi ponieważ to na pewno nie jest bransoletka. Bardziej przypomina kajdanki, co poddaje mu pomysły jakich nie powinien mieć podczas tego rodzaju transakcji. Chce pokręcić głową a jednocześnie przytaknąć więc zatacza nią koło.

– Tak. Przepraszam, nie pozbyłem się jeszcze nawyku robienia wszystkiego oficjalnie. – kolejny nieśmiały uśmiech. – Co oznacza że powinieneś przysłać mi także kopię swojego pozwolenia na broń wraz z innymi papierami.

Tym razem Barnes nawet się nie uśmiecha. Chowa telefon i wyjmuje portfel a z niego niewielką białą kartę. Wygląda ona jak legitymacja wojskowa ze zdjęciem dużo młodszego, krótkowłosego Barnesa, ale numer identyfikacyjny oraz numer departamentu są dziwnie znajome. Ten sam numer pojawiał się na wielu sprawozdaniach i informacjach wywiadowczych z ocenzurowanego źródła. Najwyraźniej Barnes jest związany, jeśli nie bezpośrednio to przynajmniej w jakimś stopniu, z CIA.

– Jestem na zwolnieniu lekarskim. Ale to nadal jest ważne.

Steve nie jest pewien czy powinien odetchnąć z ulgą czy raczej się wkurzyć. Jedna z pierwszych opcji jest nadal aktualna: płatny morderca. Przywilej niewinności Rogers. – Chcesz płacić z miesiąca na miesiąc, czy po upływie czasu zwolnienia zostaniesz przykuty do biurka.

Zbyt późno Steve orientuje się, że nie powinien wspominać Barnesowi o kajdankach i biurkach ale Barnes wzrusza ramionami.

– Już dla nich nie pracuję. Zwolnienie jest na stałe, – mówi zbyt wyluzowanym tonem. – To miejsce kosztuje prawie tyle ile dostaję emerytury wojskowej i pieniędzy z funduszu dla weteranów tak, że po opłaceniu czynszu zostanie mi jeszcze trochę na życie. Niczego więcej nie potrzebuję.

Steve nie potrafi powstrzymać wyrazu szczerego współczucia na swojej twarzy ale natychmiast stara się je złagodzić żeby go nie urazić. Rękawica Barnesa nadal przykuwa jego uwagę ale Steve powstrzymuje się przed pytaniem o nią.

– Cóż, możesz zostać tu tak długo jak zechcesz, ale póki co zacznijmy od miesięcznej umowy. – Steve uśmiecha się uroczo aby załagodzić poprzedni brak zaufania.

To nie działa. Barnes trzyma się ponad jego zasięgiem. Taka odległość może i jest bezpieczniejsza ale też dużo mniej przyjemna. Steve wolał kiedy Barnes bezpośrednio i agresywnie z nim flirtował nawet jeśli było to bardzo niestosowne.

Prowadzi go z powrotem na górę, do głównego holu i po chwili słyszy jego okrzyk.

– Jezu Chryste, ja pierdolę!

Steve zauważa też że wzrok Barnesa zatrzymał się na nieczynnym kominku w głębi pokoju, ostatniej rzeczy na liście remontowej Steve’a. Na gzymsie stoi tylko kilka zdjęć. A także mała gablotka z pięcioramiennym orderem na jasnobłękitnej wstążce: jego Medalem Honoru, najwyższym oznaczeniem jakie może zdobyć członek armii Stanów Zjednoczonych.

– Ty nie… – Barnes spogląda na niego wielkimi oczami, prostuje się i salutuje. – Przepraszam, sir. Nie miałem pojęcia. – Dodaje o wiele ostrzejszym tonem.

Steve uśmiecha się zrezygnowany. Odwzajemnia gest, żeby Barnes mógł się rozluźnić. – Nie przepraszaj. – Barnes przerywa salutowanie ale nadal stoi wyprostowany a nie przyjemnie zgarbiony. – I proszę Cię, ’sir’ jest naprawdę nie potrzebne. – Podchodzi do Barnesa aby położyć dłoń na jego ramieniu w uspokajającym geście, ale to co czuje pod kurtką jest zbyt twarde żeby być, nie wiadomo jak dobrze wytrenowanymi mięśniami.

Barnes wstrzymuje oddech ale nie odsuwa się spod dotyku Steve’a.

– Przepraszam… – Steve niemal słyszy jak Barnes wymawia w myślach słowo ’sir’ ale w porę się powstrzymuje. – Kapitanie. Ja tylko… – Barnes spogląda na drzwi poszukując drogi ucieczki. – Przyślę panu te papiery najszybciej jak to będzie możliwe.

Steve stwierdza, że szansa na to iż obietnica Barnesa jest prawdziwa wynosi pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Rozumie jego potrzebę wymówki. Oraz szybkiej ucieczki. Steve przytakuje skinieniem głowy. Żołnierz czający się we wnętrzu jego gościa bardzo stara się po raz kolejny zasalutować na pożegnanie i Steve patrzy z progu na to jak Barnes wykonuje uroczy, lecz także taktyczny, odwrót.